|
„BOMBÓN- EL
PERRO” jest kontynuacją mojego poprzedniego filmu
Historias Mínimas (Minimal Stories, tytuł polski Proste
historie). Ponownie pojawiają się „zwyczajni”
bohaterowie, historia opowiedziana jest w
minimalistycznej formie i grana przez naturszczyków.
Sformułowanie „zwyczajni bohaterowie” jest być może
uproszczeniem. W rzeczywistości nie ma zwyczajnych
postaci: świat wewnętrzny skromnego ekwadorskiego
wieśniaka jest równie niezgłębiony jak świat profesora
filozofii. Różnica polega na tym, że ten ostatni do
komunikacji używa głównie słów a ten pierwszy, bardziej
„prymitywny” komunikuje się poprzez gesty i milczenie. W
kinie zawsze wolałem gesty niż ekspresję językową.
Spojrzenie, cisza, cień uśmiechu w zbliżeniu jest
silniejszym narzędziem komunikacji niż język mówiony. I
tak właśnie dzieje się w przypadku zwykłych bohaterów.
Musisz czytać w ich oczach.
Opuszczony wzrok Filipa IV w ostatnich portretach
Velazqueza mówi więcej o tragedii króla niż
powiedziałyby książki, które mogłyby powstać na ten
temat. W filmie BOMBÓN znowu pracuję z naturszczykami.
Sądzę, że praca z rzeczywistymi postaciami, miejscami i
naturalnym światłem pozwala uniknąć manipulacji i
oszustwa, które są nieuniknione w twórczości filmowej.
Kino jest najbardziej oczywistym oszustwem. Człowiek,
który biegnie, nie biegnie naprawdę. Są to jedynie
nieruchome obrazy wyświetlane na zmianę z ciemnością.
Tylko defekt fizjologiczny - niedoskonałość naszej
siatkówki- pozwala zobaczyć biegnącego człowieka. Gdyby
nasz system nerwowy był doskonały, byłoby to niemożliwe.
I tak oto kino rodzi się dzięki fizycznemu upośledzeniu.
Przez to wszystko, co się dzieje, jest po prostu
oszustwem. Statki w bitwie morskiej nie są statkami,
książę nie jest księciem, a całujący się kochankowie nie
są naprawdę kochankami. Z drugiej strony to, co zawsze
pociągało mnie w filmach dokumentalnych, szczególnie w
dramatycznych scenach z dokumentów wojennych, to fakt,
że tam nikt nie udaje kogoś, kim nie jest.
Filmy dokumentalne są blisko prawdy. Zastanawiałem się,
czy możliwe by było opowiedzenie historii fikcyjnej,
która, jak stare patchworkowe kołdry robione przez nasze
babcie z resztek różnych materiałów, mogłaby składać się
z wycinków rzeczywistości. Gdzie pojawiające się postaci
głównie istnieją, a nie roszczą sobie prawo do
istnienia. Stąd właśnie wzięła początek idea pracy z
autentycznymi postaciami. Pod jednym jednak warunkiem:
nie powinni oni starać się być aktorami (gdyż byliby z
pewnością złymi aktorami) tylko sobą.
Osoby grające w BOMBÓN-EL PERRO są dokładnie takie same
jak kreowane przez nie postaci. Mają, co prawda, inne
zawody i mieszkają w innych miejscach, ale cechuje ich
podobieństwo duchowe. Chodzi o to, aby z tego połączenia
narodziła się prawda. Oto jeden z przykładów: pełna
emocji i prawdy scena, gdy widzimy twarz Juana Villegasa
po zwycięstwie na pokazie psów, oklaskiwanego przez 400
osób, człowieka, który żył samotnie na stacji benzynowej
gdzieś przy odległej drodze. Ponieważ jest to ta sama
twarz Juana Villegasa, któremu bije brawo 400 statystów,
człowiekowi, który spędził ostatnie 20 lat samotnie w
warsztacie odstawiając na parking samochody.
Jeżeli kamera zdoła sytuacje uchwycić, to oglądać
będziemy historię prawdziwą. Na końcu filmu przeczytamy:
”Wszystkie postaci i wydarzenia są fikcyjne.
Jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących jest
całkowicie przypadkowe.” Widzowie nie uwierzą ani
jednemu słowu: w tym filmie ani postaci ani wydarzenia
nie są całkowicie fikcyjne a podobieństwa nie są kwestią
zbiegu okoliczności.
opr. DAR
|