|
Burzliwe życie Cole'a Potera, słynnego twórcy musicali i
muzyki filmowej, zostało w końcu uwiecznione na
celuloidowej taśmie. Jednak obawiam się, że nawet
najsłabsze z jego dzieł, było po stokroć lepsze od tego,
co możemy zobaczyć w "De-Lovely".
Film opowiada historię małżeństwa Cole'a Potera z Lindą
Thomas, dzięki której udało mu się zrobić oszałamiającą
karierę. Ich skomplikowany związek ukazany jest z
perspektywy umierającego muzyka. Patrzy on na swoje
życie, jak na musical, w którym on sam gra główną rolę.
Dla krytyka film "De-Lovely" stanowi idealny materiał.
Pastwić się można nad nim bowiem do woli. W tym musicalu
nawet muzyka Cole'a Potera brzmi fałszywie – zwłaszcza w
wykonaniu Kevina Kline’a, który udowodnił, że nie
posiada nawet śladowego talentu wokalnego. Niestety
wykonuje on większość piosenek, a efekt końcowy jego
zmagań jest co najwyżej opłakany. Jednak zadziwia przede
wszystkim to, że ten skądinąd dobry aktor, w filmie gra
jakby pierwszy raz znajdował się przed kamerą. Wielkie
uczucie, którym kompozytor darzył żonę, wypada na
ekranie sztucznie do granic wytrzymałości. A przecież
miała to być piękna historia miłosna.
Moim zdaniem scenariusz "De-Lovely" nigdy nie powinien
zostać zrealizowany i pozostaje dla mnie zagadką,
dlaczego film jednak został dopuszczony do produkcji.
Już sam pomysł jest nieco wydumany – Cole Porter patrzy
na swoje życie oczami reżysera, który wystawia o nim
musical. Jednak zdecydowanie najgorzej brzmią w filmie
dialogi, których wstydziłby się nawet twórca
trzeciorzędnych romansów. Kolejne, jakby oderwane od
siebie sceny trudno powiązać w jedną całość. A jeszcze
trudniej wywnioskować na ich postawie, kim właściwie był
Cole Porter. Widz, który nigdy wcześniej nie miał
styczności z utworami tego kompozytora, może nawet
odnieść mylne wrażenie, iż okrzyknięto go geniuszem
przez pomyłkę.
"De-Lovely" to film, który zdecydowanie odradzam
wszystkim, którzy kochają musicale. Bowiem po jego
obejrzeniu ich uwielbienie dla tego gatunku może
zdecydowanie osłabnąć.
Gemini
o filmie
|