|
„Genesis” to
kolejny po „Mikrokosmosie” ni to przyrodniczy ni to
artystyczny film autorstwa duetu Claude Nuridsany i
Marie Pérennou. Na pierwszy rzut oka są to bardzo
podobne filmy. „Genesis” podobnie jak „Mikrokosmos” jest
serią „epizodów z życia przyrody wziętych”, czyli
scenek, w których główne role grają różnego rodzaju
ziemskie stworzonka: pająki, kraby, meduzy… z tą jednak
różnicą, że w odróżnieniu od radosnego chaosu
poprzedniego filmu, „Genesis” ma swój główny temat, sens
i kolejność.
„Genesis” przedstawia bowiem historię świata, od
powstania galaktyk aż do końca, jakim jest śmierć
każdego istnienia. Kolejne sceny pokazują powstanie
komórek, żywych organizmów oraz następne etapy ewolucji.
Film ma też swojego narratora w osobie afrykańskiego
szamana, któremu głosu w polskiej wersji użyczył
Franciszek Pieczka.
Choć „Mikrokosmos” i „Genesis” to w gruncie rzeczy
bardzo podobne obrazy, ogląda je się zupełnie inaczej.
Porównanie to wypada niestety na niekorzyść tego
ostatniego. Oprócz pięknych zdjęć, dużą zaletą
„Mikrokosmosu” była rewelacyjna ścieżka dźwiękowa
wspaniale odzwierciedlająca tajemnice życia ukryte
między źdźbłami trawy. Choć muzykę do „Genesis” napisał
również Bruno Coulais, to nie robi ona tak dobrego
wrażenia i raczej nie zapada w pamięć. Ma, owszem,
stosowny do tematu, wzniosły charakter, ale daleko jej
do efektu, jaki np. dały kompozycje Philipa Glassa serii
filmów w stylu „Naqoyqatsi”.
Kolejnym punktem na liście zastrzeżeń jest postać
narratora. Nie twierdzę, że jest ona całkowicie zbędna i
że film mógłby się bez niej bez problemu obejść. Wręcz
przeciwnie: opowieść snuta przez szamana nadaje sens i
spójność poszczególnych minidokumentów, z których składa
się film. Nie mniej jednak, za rzecz zupełnie
niepotrzebną uważam uczynienie zeń pełnoprawnego
bohatera filmu. W zupełności wystarczyłby sam głos, jako
tło przedstawionych scen. Takie rozwiązanie bardzo
dobrze sprawdziło się w innej produkcji Jacquesa
Perrin’a, a mianowicie w „Makrokosmosie”, którego
tematem były wędrówki ptaków.
Ogólnie rzecz biorąc, „Genesis” jest raczej dobrym
filmem edukacyjnym, który mógłby służyć np. jako
materiał powtórkowy przed egzaminem z biologii, niż
porywającym dziełem filmowym. Na uznanie, bez dwóch
zdań, zasługują za to wspaniałe zdjęcia tajemnic
przyrody, a koniki morskie zaraz obok ślimaków z
„Mikrokosmosu” i Liv Tyler pod drzewem w „Ukrytych
pragnieniach” zapiszą się w historii najpiękniejszych
scen miłosnych w historii kina.
Paulina
o filmie
|