|
Nic nie może
przecież wiecznie trwać. Nikt bowiem nie ma recepty na
wieczny sukces. Nawet geniusze ze studia animacyjnego
Pixar.
Iniemamocni to superbohaterowie. A raczej byli
superbohaterowie. Zapotrzebowanie na usługi herosów
bowiem minęły. Pan Iniemamocny pracuje w
ubezpieczeniach, a pani Iniemamocna zajmuje się
wychowaniem dzieci. By nie zwracać na siebie uwagi,
wyjątkowa rodzina musi skrzętnie ukrywać swoje
nadnaturalne zdolności. Do czasu jednak.
Sukces projektów ze studia Pixar polegał na tym, że
niezbyt skomplikowana fabuła została ubrana w genialną
grafikę i skrzące się dowcipami teksty. Gdy jeszcze
dodać do tego pełnokrwistych charakternych bohaterów,
nie dziwi, że na filmy do kin waliły tłumy. Niestety, "Iniemamocni"
zawiedli na kilku frontach. Wprawdzie do grafiki nadal
nie można mieć pretensji, natomiast fabuła zamiast
nieskomplikowana jest bezsensowna, a dobrych dowcipów
tyle, co u cioci na imieninach.
Zawsze też obrazy Pixara niosły ze sobą jakiś morał.
Taki na przykład, że ocenianie po wyglądzie
niekoniecznie musi zdać egzamin ("Potwory i spółka"),
albo taki, że czasem by osiągnąć cel trzeba działaś
wspólnie ("Dawno temu w trawie") czy wreszcie ten
najbardziej amerykański, że wiara czyni cuda ("Gdzie
jest Nemo"). Wniosek z "Iniemamocnych" jest natomiast
dość przerażający - trzeba uważać co się mówi, bo można
urazić jakiegoś zakompleksionego dzieciaka, a ten za lat
kilka będzie nas chciał zamordować, a potem zawładnąć
światem.
Na pocieszenie pozostaje fakt, że Polacy osiągnęli
mistrzostwo w dubbigu. Piotr Fronczewski jako pan
Iniemamocny jest znakomity. Reszta aktorów również radzi
sobie nieźle. To jednak za mało, by "Iniemamocnych"
uznać za sukces. I nie mówię oczywiście o sukcesie
komercyjnym, bo film zwrócił się już w drugim tygodniu
wyświetlania.
Dr Drętwy
o filmie |