|
On dobrze
się bawi, ale nie może o Niej zapomnieć, a Oni go
ścigają. Melodramat i sensacja to takie małe wielkie
skoki w bok od głównego motywu "Jumpera", jakim jest
fantastycznonaukowa teleportacja.
Tego dnia piętnastoletni David Rice powinien był
zakończyć swój żywot pod cienką warstwą lodu. Tymczasem
półsierota wychowywany przez agresywnego ojca odkrywa,
że posiada zbawienną zdolność teleportacji. Kilka lat
później i kilka kilometrów dalej David cieszy się
nowojorskim mieszkaniem i modnymi gadżetami. Nie potrafi
jednak wyzbyć się sentymentu do marzycielskiej Millie.
Postanawia więc skoczyć do rodzinnego miasta. David nie
domyśla się, że śniadania na głowie Sfinksa, wieczorne
podrywy w londyńskich pubach i wypady do Tokio, a przede
wszystkim wizyty w bankowych sejfach, zwróciły nań uwagę
Rolanda. Białowłosy Murzyn wraz ze świtą paladynów już
rozpoczął polowanie.
Nad scenariuszem "Jumpera" - adaptacji powieści Stevena
Goulda - pracowało aż trzech panów. Zapewne dlatego
żaden nie uznał za stosowne, aby podać naukowe bądź
paranaukowe wyjaśnienie zdolności Davida. Założyli, że
wszyscy widzowie oglądali "Star Treka". Goyer, Uhls i
Kinberg nie pokusili się także o dorobienie głębszej
mitologii dla Skoczków i Paladynów, sugerując jedynie,
że odwieczna walka obu grup leży u podstaw takich
zdarzeń, jak prześladowania inkwizycyjne. Z sci-fi
ostała się więc sucha teleportacja. Niewiele lepiej mają
się sensacja i melodramat. Ta pierwsza to fantastyczna
reklama mercedesa, jako samochodu, którym jeździ się
błyskawicznie, lecz bezpiecznie (nie sposób rozjechać
nim matkę z dzieckiem). Melodramat uosabiają wyrodna
rodzicielka oraz panienka, do której można nie odzywać
się przez lata, ale wystarczy zabrać ją na randkę do
Koloseum, by została już na zawsze u boku mało
heroicznego bohatera.
Biały talk na głowie Samuela L. Jacksona i pozbawiona
wyrazu buzia Haydena Christensena dostarczą rozrywki
wyłącznie kinowym desperatom.
Dominika Kaszuba
|