|
Jarmush
powraca. A raczej przypomina się. Oto po 18-latach od
nakręcenia pierwszej noweli z cyklu „Kawa i papierosy”,
które towarzyszyły poprzednim, długometrażowym
produkcjom Nowojorczyka, dostajemy ich pełną antologię-
zbiór 11-stu etiud. Proporcje rozkładają się w miarę
równo- od tak znanych, funkcjonujących często
samodzielnie, jak ta
z Beninim, czy Waitsem, po zupełnie nowe, czy wręcz
premierowe ( Bill Murray, Cate Blanchett) Reszta bez
zmian: barowy stół, para niedobranych (nie)znajomych i
dwa tytułowe nałogi.
Pośród kłębów dymu papierosowego, jak we mgle, poruszają
się bohaterowie tych nowel. Zagubieni, niezdolni się
porozumieć. Rozprawiają o trywialnych sprawach,
popadając w autotematyzm (często tematem ich rozmów jest
picie kawy i palenie papierosów.) Urocza jest nowela z
dwoma kumplami, którzy spotykają się po latach. Jeden z
nich nie jest w stanie uwierzyć, że przyjaciel spotkał
się z nim bez powodu, jest pewien, że musiało się
zdarzyć coś złego
i męczy kolegę, aby wyjawił mu tą straszną prawdę. Z
kolei „Kuzynki” (w obu jakże różnych rolach ta sama,
rewelacyjna Cate Blanchett) to etiuda, w której dochodzi
do spotkania po latach. Jedna z sióstr jest gwiazdą
filmową (podobnie jak reszta bohaterów, Blanchett gra
niemal siebie), druga to niedoszła rockmanka z wiecznymi
pretensjami do świata.
Lubię Jarmusha. Za jego niekłamaną niezależność
i konsekwencję. Także za ostentacyjną „nie-filmowość” Za
to, że każe patrzeć poza kadr, na to, co niewidzialne,
na coś,
co unosi się w powietrzu, krąży wokół niczego
nieświadomych bohaterów. Bohaterów, których różni niemal
wszystko: pochodzenie, kultura, światopogląd. Jarmush
przygląda im się bardzo uważnie, często z niekłamanym
współczuciem. Obserwuje jak się mijają. Jednocześnie
sugeruje, że nie należy ustawać w wysiłkach, aby się
odnaleźć. Doprawia to wszystko szczyptą subtelnego
humoru. Przy tym przewrotnie rezygnuje z błyskotliwej
puenty. To kino czysto refleksyjne, do niewymuszonej
kontemplacji (najchętniej przy kawie i papierosie.)
Dlatego tak ucieszyła mnie wypchana po brzegi sala
jednego
z warszawskich kin. W dobie wszechogarniającej,
bezmyślnej, filmowej łupanki, Jarmush jest jak najlepsza
kawa (z mlekiem) po przebudzeniu. Czekając na nowy film
„najbardziej europejskiego z amerykańskich reżyserów”
idę sobie zapalić. Bo jak mówi, w jednej z nowel Tom
Waits: „teraz mogę, bo już rzuciłem”.
Recenzja
by KOS
o
filmie
|