|
Długo
kazał na siebie czekać „nowy” Tarantino, oj długo. Dla
jego zagorzałych fanów,(jest ich „kilku”), ten czas
musiał być ciągnącą się w nieskończoność udręką. Ale w
końcu nastał czas „Billa”, a raczej „Panny Młodej”-
głównej bohaterki najnowszego „skrętu” Quentina.
O czym jest „Kill Bill”? Odpowiedź jest równie krótka
jak tytuł: o zemście. I to zemście w wymiarze wręcz
biblijnym. Główna bohaterka („The bride”), grana
fantastycznie przez Umę Thurman, cudem ocalała z jatki,
jaką zafundował jej tytułowy Bill ( jedynie słyszalny
David Carradine) na jej własnym ślubie. Po długiej comie
budzi się z jednym tylko pragnieniem – „Dorwać Billa”
!!! i jego drużynę zabójców, której sama była niegdyś
członkinią. Reszta fabuły to już „tylko” konsekwentna
realizacja tego planu.
Jakiś złośliwiec spyta: „Tylko tyle ?”Pytanie jakby
zasadne, ale zupełnie nie na miejscu w odniesieniu do
twórcy „Wściekłych psów”. Tarantino to szczwany lis, nie
po raz pierwszy zaskakuje, (jednak po raz kolejny jak
najbardziej pozytywnie), serwując nam kolejną „pupkę”(czyt.
„papkę”), niewyobrażalny wręcz mariaż stylów rodem z
kina klasy „B” oraz wszelkich odniesień pop-kulturowych.
Jednocześnie oddaje silnie wyczuwalny hołd swoim idolom
i gatunkom filmowym, na czele z kinem japońskim z pod
znaku yakuzy, spaghetti westernem i tanich produkcji
kung-fu prosto z Hong-Kongu. A na deser, (choć w środku
filmu), dostajemy jeszcze japońską Anime.. Fabuła spada
na drugi plan, pozostaje czysta, filmowa esencja. Nie
jest to może dzieło na miarę Złotej Palmy, czy Oskara,
ale chyba nie miało być.
Znów jakiś sceptyk powie, że „Kill Bill” to kolejny
przejaw nihilizmu reżysera, który z nieskrywanym
upodobaniem nurza się w pop-kulturowym kiczu i tandecie.
Możliwe, ale w jakiś niewytłumaczalny, magiczny sposób
po raz kolejny Tarantinowska papka awansuje do poziomu
prawdziwej poezji, hipnotyzującej widownie z każdym
kolejnym kadrem. A co bodaj najciekawsze, film ten
pozostając w klimatach poprzednich dzieł reżysera, różni
się od nich znacznie, choćby redukcją dialogów i
wynikającej z niej pewnej statyki, na rzecz czystej
akcji, potraktowanej z resztą z nieskrywanym
przymrużeniem oka. Cała reszta formalnych
zabiegów, które stały się zresztą znakami firmowymi
reżysera takich jak: nie linearność zdarzeń, w tym
liczne retrospekcje, wielowątkowość wypunktowana
kolejnymi, znaczonymi rozdziałami, pozostaje bez zmian.
Wielokrotnie podkreślany „problem” przemocy w filmach
Tarantino znajduje tu chyba swoje apogeum. Trup ściele
się w postępie geometrycznym, aż do jawnego
przerysowania. Świadom tego reżyser w kulminacyjnej
scenie „rzezi” z udziałem osamotnionej bohaterki i
„tysiąca” samurajskich przeciwników, w pewnym momencie
odejmuje kolor, jaskrawa czerwień traci swą krwiożerczą
moc. Takich „smaczków” w „Kill Billu” znajdziemy
znacznie więcej.
Na oddzielny akapit zasługuje opis relacji reżyser i
jego gwiazda. W każdym kadrze filmu widać jawną
fascynację Tarantino Umą Thurman, i to dosłownie od
stóp(!) do głów. Zresztą reżyser zupełnie tego nie
ukrywa. W licznych wywiadach podkreśla, że Uma Thurman,
to jego Marlena Dietrich. Urocze.
Reasumując, „nowy- stary” Tarantino cieszy oko i ucho
,(kolejna, genialna ścieżka dźwiękowa), szkoda tylko, że
nie jest nam dane obejrzeć filmu w całości, (ach ten
marketing), ale cóż, nie można mieć wszystkiego (na
raz). Przyjdzie nam poczekać parę miesięcy aż zemsta
„Panny Młodej” dopełni się.
C.D.N
Konrad
Sisicki
(KOS)
|