|
"Komórka" nie jest filmowym arcydziełem, ale zwolennicy
sprawnego kina akcji powinni być zadowoleni.
Bohaterem "Komórki" jest nieodpowiedzialny młodzieniec
Ryan (Chris Evens), którego właśnie rzuciła dziewczyna.
Gdy na jego telefon dzwoni pewna zdesperowana kobieta
(Kim Basinger), twierdząc, że została porwana i
potrzebuje pomocy, wydaje się, iż chłopak nie będzie w
stanie podołać zadaniu. Jego problem polega na tym, że
kobieta nie może już zadzwonić do nikogo innego...
Obraz Davida R. Ellisa pełen jest klasyki
nieprawdopodobieństwa, którą można zrozumieć tylko
biorąc pod uwagę, że takie właśnie są wymogi tego typu
produkcji. Młodzieniec, który początkowo robi wrażenie
emocjonalnego kretyna, okazuje się niezwykle dojrzałym
człowiekiem i być może zaraz po zakończeniu akcji został
ordynatorem neurochirurgii. Porwana matka niczym McGyver
z doszczętnie rozbitego telefonu szybko składa nowy
aparat. Od zwykłego różni się on tylko tym, że nie da
się na nim wybierać numerów. Tymczasem należąca do
głównego bohatera komórka najnowszej generacji traci
zasięg oraz wyładowuje się po pięciu minutach używania.
W filmie pomieszano także nieco konwencje. Większość
scen nakręconych została w stylu komediowym. Gdy jednak
na ekranie pojawia się ważąca około 30 kilogramów
Basinger, atmosfera od razu robi się smętna i wiadomo,
że będzie albo krwawo albo płaczliwie.
Wszystkie te uwagi nie zmieniają jednak faktu, że
"Komórka" to kino akcji, które ogląda się z
przyjemnością, a zaraz po wyjściu z seansu szybko
zapomina.
Warto również nadmienić, że hollywoodzcy spece od
reklamy tym obrazem symbolicznie pożegnali się ze swoim
starym dobroczyńcą (przemysł tytoniowy), a przywitali
nowego (telefonia komórkowa). Prawdopodobnie przez co
najmniej kilka najbliższych lat komórka będzie
najczęściej demonstrowanym gadżetem w filmie. W
"Komórce" aparat praktycznie nie znika z ekranu
Dr Dretwy
o filmie |