|
Świeżo
po „Aleksandrze” Olivera Stone’a, otrzymujemy kolejną
historyczną superprodukcję z pod ręki innego, niemniej
uznanego twórcy- Ridleya Scotta.
Niestety, podobnie jak „Aleksander”, „Królestwo..” jest
filmowym niewypałem. Widać tu niebezpieczną tendencję
wypalania się starych mistrzów, którzy na starość,
wsparci 100-milionowymi budżetami postanowili trochę się
zabawić i poczuć się znów małymi chłopcami. Fajnie, tyle
tylko, że ze stratą dla widzów.
Film opowiada historię Baliana (Orlando Bloom)- młodego,
francuskiego kowala, który stracił właśnie żonę i córkę.
Jest rok 1184. Bez mała sto lat od podbicia Jerozolimy
przez pierwszych krzyżowców. Kowala odnajduje Gotfryd z
Ibelinu (Liam Nisson)-zaufany rycerz chrześcijańskiego
króla Jerozolimy, umierającego na trąd Baldwina IV
(Edward Norton- ukryty pod maską). Gotfryd odkrywa, że
jest ojcem Baliana i zaprasza go na wyprawę do Ziemi
Świętej. Wkrótce potem ginie, a Balian staje się
spadkobiercą jego lenna w Jerozolimie, stając się
później obrońcą miasta przed najazdem armii
muzułmańskiej pod wodzą Saladyna.
Tyle treść, która jest tyleż prosta, co prostacka.
Balian jest w niej kolejnym bohaterem kina akcji, który
w mgnieniu oka z kowala staje się genialnym przywódcą i
wojennym strategiem, wedle zasady „od zera do bohatera”
Brak jakiejkolwiek ewolucji postaci. Podobnie było z
postacią Aleksandra Wielkiego w filmie Stone’a. W
„Królestwie..” znajdziemy też mnóstwo innych
niedorzeczności, choćby takich, jak rzeczony konflikt
chrześcijańsko-muzułmański, który doszedł do skutku
tylko dlatego, że Balianowi z niewiadomych przyczyn,
„nie chciało się” zostać nowym królem Jerozolimy, przez
co doprowadził do wyboru swego najgorszego wroga, o
którym od początku wiedział, że dąży do wojny z
muzułmanami. Po prostu ręce opadają.
Pustka i jałowość intelektualna tej, a także ostatnich
historycznych produkcji rodem zza Oceanu woła o pomstę o
nieba. Jest to tym bardziej przykre, że podpisują się
pod nimi tak przecież wybitni i utalentowani twórcy. I
wielkim paradoksem jest, że film z przed dekady, którego
reżyserem był aktor, który stanął za kamerą drugi raz w
życiu, bije na głowę takie reżyserskie sławy. Jeśli
jeszcze ktoś nie odgadł, to wyjawiam, że chodzi o „Braveheart”
Mela Gibsona, film zrobiony przecież wedle wszelkich
amerykańskich schematów, ale posiadającym jeden znaczący
wyróżnik-(nomen-omen) pasję, której z całą pewnością
zabrakło w „Królestwie niebieskim”.
Recenzja By KOS
o
filmie
|