|
Cóż za miła
niespodzianka! Do tego sprawił ją nasz rodak-Paweł
Pawlikowski. Żal tylko, że nie na rodzimym podwórku, a
angielskim, ale cóż, jak jest (u nas) każdy widzi. Tak
czy siak, powiedzenie „Cudze chwalicie, swego nie
znacie” nie ma tu zastosowania, ponieważ choć „Lato
Miłości” jest filmem brytyjskim( do tego uznanym za
najlepszy tamtejszy film zeszłego roku), to równie
dobrze jego treść mogłaby rozgrywać się gdzieś nad
Pilicą. Pewna bliskość i swojskość tematu jest niemal
dotykalna. „Lato Miłości” rozgrywa się na angielskiej,
przyznać trzeba, niezwykle urokliwej prowincji,
konkretnie w jednym, usytuowanym w dolinie typowym dla
tamtego regionu miasteczku z charakterystyczną zabudową.
Na tym tle rozwija się z początku dosyć konwencjonalna
historia inicjacji dwojga różnych od siebie dziewcząt-
jedna tutejsza Mona (Nathalie Press) i przyjezdna, nieco
snobistyczna panienka z „dobrego” domu- Tamsin (Emily
Blunt). Dzieli je wszystko, jednak dziewczęta szybko
dochodzą do porozumienia. Rodzi się wzajemna fascynacja,
która urasta do rozmiarów namiętnego romansu. Jest
jeszcze brat Mony, nawrócony kryminalista, który oddał
się całkowicie służbie Bogu. Przyjdzie moment, gdy
stanie on między dziewczętami.
Dawno nie widziałem filmu, który by z taką swobodą
opowiadał o tak skomplikowanych ludzkich relacjach, nie
popadając przy tym w pretensjonalność. Liczne
psychologiczne niuanse wygrane są bez cienia fałszu,
aktorzy niemal stapiają się z granymi przez siebie
postaciami. Tu widać najlepsze brytyjskie(ośmielam się
twierdzić, że również po części polskie) wzorce. Poza
Pawlikowskim, w ekipie znalazł się jeszcze od lat
pracujący na zachodzie operator Ryszard Lenczewski. Jego
zdjęcia urzekają zmysłowością. Na oddzielny aplauz
zasługują dwie młode aktorki, których profesjonalizm
jest wręcz zadziwiający. „Lato Miłości” nie było by
jednak tak dobrym filmem, gdyby poprzestawało li tylko
na skontrastowaniu życia wiejskiego (symbolizowanego
przez Monę) z miejskim i wynikającą z niego pozorną
głębią, i wyższością intelektualną, kulturową, którą tak
szczyci się Tamsin. Film idzie dalej, ukazując, na
przykładzie relacji tych dwóch z pozoru tak odmiennych
(i niewinnych istot), czym jest życie. A jest ono
nieustanną grą pozorów, pełną nieuniknionych
manipulacji, szukaniem sensu, nietrwałą substancją,
złudzeniem, gdzie nic nie jest pewne i dane na
zawsze-nawet miłość. Tamsin manipulując Moną, nie tyle
bawi się jej kosztem, co próbuje chronić sama siebie,
tworząc w ten sposób złudne poczucie bezpieczeństwa,
podobnie jak brat Mony uciekając w ortodoksyjną
religijność. Nie sposób tu wyczerpać wszystkich wątków,
odpowiedzieć na wszystkie pytania, tak subtelnie
stawiane przez Pawlikowskiego. Na tym z resztą polega
prawdziwa wielkość tego w sumie skromnego i pozornie
nieefektownego filmu.
Recenzja By KOS
o
filmie |