|
Co było impulsem do powstania filmu?
Punktem wyjścia naszej historii była książka Helen Cross
"My summer of love". Jej bohaterki zaintrygowały mnie,
są skomplikowane, a jednocześnie zabawne. Powieść ta
łączy w sobie elementy romantyczne z cynizmem i humorem.
Jest w tej książce wiele fragmentów, w których wręcz się
zakochałem.
W jakim stopniu scenariusz filmu jest wierny książce?
Powieści mogą tworzyć bardzo dobre podstawy ale nie
sądzę, by można było je tak po prostu sfilmować. W
książce czytelnik znajduje rzeczy, które w mniejszym lub
większym stopniu przypominają życie. Powieść jest jak
dokument: są w niej bohaterowie, sytuacje i krajobraz.
Najczęściej jest tak, że czytana historia staje się
swoistym przełomem, daje inspirację, która uruchamia
machinę powstawania filmu. Tak było właśnie w przypadku
"My summe of love". Przyznam, że nawet nie pamiętam już
wszystkich szczegółów powieści. Akcja osadzona była w
latach 80., znalazły się tam odniesienia do górniczego
strajku, bohater w rodzaju Rozpruwacza z Yorkshire i dwa
morderstwa. Nic z tych rzeczy nie pojawiło się w naszym
filmie, ale na pewno zapoczątkowało bieg wydarzeń.
Przede wszystkim książka ofiarowała mi bohaterów, w
których się zakochałem i którzy motywowali mnie przez
cały proces powstawania filmu.
Co cię zainteresowało w relacjach Mony i Tamsin?
Zafascynowała mnie ta różnica pomiędzy dziewczyną,
której doświadczenia są niewielkie, więc fantazjuje na
temat świata, którego nie zna (Mona) i dziewczyną
cyniczną, która wiele widziała, lubi bawić się i
manipulować ludźmi, a jej inteligencja popycha ją często
do destrukcji (Tamsin). Tego typu relacja pomiędzy
mężczyzną a kobietą, jest dość klasyczna i zdarza się
często. Prywatnie identyfikuję się z Moną i znałem
kiedyś kogoś takiego jak Tamsin. Intensywność ich
relacji potęgowana jest młodym wiekiem i totalną
odmiennością. Po jednej stronie młoda, wykształcona
przedstawicielka klasy średniej, która chodzi do dobrej
szkoły, dużo czyta, podróżowała, a rodzice inwestują w
jej rozwój, a po drugiej stronie dziewczyna, która zna
się najlepiej na tym, co ją otacza. Ta interakcja
stanowi ogromny potencjał dla historii o uczuciach i
walce o władzę.
Jak rozwijała się filmowa historia?
Na początku miałem historię dziewczyny, która zakochuje
się w innej, nie tyle fizycznie, co duchowo i
intelektualnie. Później wymyśliłem brata, który z kolei
zakochuje się w Bogu i rzeczywistości transcendentalnej.
Ta dwójka tworzyła rodzeństwo w pewnym stopniu podobne
do siebie, ale które zaczęło ze sobą rywalizować.
Stanowili emocjonalny trzon historii. Nie jestem
rodowitym Anglikiem i jak dotąd większość moich historii
rozgrywała się w Polsce lub we Wschodniej Europie.
Postacie, do których się odnoszę niekoniecznie pochodzą
jednak stamtąd. Szukam bohaterów mówiących po angielsku,
którzy są w stanie wywołać w widzach reakcję, którzy nie
są przeciętni. To ludzie zdolni do bardziej archaicznych
emocji niż pospolity mieszkaniec Wielkiej Brytanii.
Jak znalazłeś odtwórców trzech głównych ról?
Już na starcie zaangażowałem Paddy'ego. W "Ostatnim
wyjściu" zagrał niesamowicie, był prawdziwym odkryciem.
Praca z nim sprawiała mi naprawdę wielką przyjemność.
Przeczuwałem jednak, że tkwi w nim o wiele więcej. Jego ciało i umysł angażują się w
aktorstwo w pewien szczególny sposób.
Poszukiwania Mony były bardziej skomplikowane i zajęły
wiele miesięcy. Przesłuchiwaliśmy zarówno młode aktorki
jak i nieprofesjonalistki. Początkowo chciałem
autentycznej dziewczyny z Yorkshire, niby zwyczajnej ale
zdolnej do złożonych emocji. W filmie potrzebowałem
naprawdę sporych emocji i erotycznego kontekstu,
wiedziałem, że nie będę w stanie znaleźć takiej
nieprofesjonalnej aktorki, na pewno nie w tym wieku. Aż
w końcu natknęliśmy się na Natalie Press, która tak
przypominała dziewczynę z Yorkshire jak ja Chińczyka,
ale miała w sobie to „coś”, bogate wnętrze i
nieprzewidywalność, niesamowitą twarz, oczy, plastyczny
charakter. Obdarzona była również niezwykle bogatą
mimiką. Była na tyle niezwykła, że początkowo
przesłuchiwaliśmy ją do roli Tamsin, ale jakoś nie
widziałem w niej tej dziewczyny. Zaczęliśmy więc próby
do roli Mony. Po kilku spotkaniach warsztatowych
zaczynała się wyraźnie wpasowywać w tę postać.
Zaskoczyła mnie tym, jak wiarygodna i nieprzewidywalna
potrafi być na planie.
Jeszcze dłużej zajęły poszukiwania odtwórczyni roli
Tamsin, bo była to skomplikowana postać, którą trudno
było uczynić interesującą. To taki typ człowieka, który
niby każdy z nas zna, ale który wymaga specjalnej
oprawy. Trudno znaleźć taką aktorkę wśród pokolenia
dzisiejszej klasy średniej. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć
trafiają się same wyfiokowane panienki. To produkty,
które Wielka Brytania wypuszcza dziś jak z taśmy
produkcyjnej, rzadko kiedy któraś z nich bywa
interesująca, skomplikowana, czy odznacza się jakąś
emocjonalną głębią. Przesłuchaliśmy wiele dziewcząt i
było wśród nich nawet kilka ciekawych osobowości.
Ponownie pojawił się jednak problem, który mieliśmy z
Moną - nie mogliśmy posłużyć się nieprofesjonalistką w
sposób, w który chcieliśmy. Uświadomiłem sobie, że nie
mogę wybrać dziewczyny niedoświadczonej w zawodzie bez
robienia jej krzywdy, psychicznego wypaczenia. Kiedy
pojawiła się Emily Blunt, znalazłem w jej oczach coś
niesamowicie żywiołowego. Miała w sobie energię i pewną
teatralność, które mogłem wykorzystać na planie. Obie
dziewczyny charakteryzował niezwykły entuzjazm, który
okazał się kluczowy przy pracy nad tym filmem.
Jak pogłębiałeś interakcje dziewcząt ?
Obie uczestniczyły w warsztatach, które wyszły całkiem
nieźle. Mogłem obserwować jak czerpią z siebie nawzajem
i upewnić się, że ten duet naprawdę się sprawdzi. Kiedy
spędza się czas z aktorami, pracuje z nimi, odkrywa się
dodatkową jakość, którą można wbudować w grane przez
nich postacie. Natalie, na przykład, ma w sobie
niezwykłą intensywność, natręctwa, które można
zastosować dla wzmożenia dramatycznego efektu. W pewnym
momencie zauważyłem, że ciągle coś bazgrze. A więc w
scenie, w której jest uwięziona w sypialni przez brata,
poprosiłem, by coś namalowała na ścianie. W czasie
rzeczywistym kręciliśmy scenę, w której rysowała portret
Tamsin i wyszło naprawdę świetnie. W pokoju wytworzyło
się niewiarygodne napięcie. Wiedziałem, że mamy
niezwykle mocną scenę choć do jej zbudowania wystarczyła
jedna osoba i ołówek. To był jeden z takich kamieni
milowych, które pozwoliły wynieść naszą historię ponad
przeciętność. Przekonałem się, że jesteśmy w stanie
uzyskać coś o wiele bardziej interesującego od tego, co
przed rozpoczęciem zdjęć, zostało napisane na papierze.
Jeśli chodzi o Emily, wiedziałem, że gra na wiolonczeli.
Poprosiłem ją więc by zagrała jako Tamsin. Natalie
słuchała jej gry i widziałem, że płakała. Była bardzo
poruszona. Ostatecznie zdecydowałem, że Emily zagra
„Umierającego Łabędzia" Saint-Saensa, by powiązać to z
faktem, że pub Mony i Phila nosił nazwę "Łabędź".
Obie aktorki cechował niezwykły entuzjazm, były pełne
energii i utalentowane. Emily miała już za sobą
doświadczenia filmowe, więc była dość pewna siebie.
Natalie, dla której to był pierwszy film, była trochę
niewyrobiona, czym się czasem martwiła. Ma jednak
fantastyczny talent i nieograniczone możliwości. Często
dzieliła się ze mną pozornie mało ważnymi
spostrzeżeniami, które pomagały mi lepiej wyobrazić
sobie jej postać.
Z mojego doświadczenia wynika, że nie istnieje żadna
uniwersalna metoda pracy z aktorami.
Czy pozwalasz sobie na improwizację na planie?
Improwizacja to narzędzie, którego można używać na dwa
sposoby. Można poprzez nią otrzymać zwykły banał albo
coś oryginalnego i osobistego. Wiele improwizacji kończy
się stworzeniem ludzkich karykatur, a dziwactwa
bohaterów zamieniają się w komunały. Czasem jednak za
jej pomocą można stworzyć coś interesującego i
nieprzewidywalnego. Kiedy pracowaliśmy nad „Latem
miłości” szczegółowo omawiałem z aktorami i ekipą
kolejne sceny. Czasem jednak fragment, wydawałoby się,
dobrego dialogu w środku sceny okazywał się bezsensowny
i zmuszony byłem go wyrzucić. Nasze aktorki to osoby
bardzo żywiołowe i zdarzało się, że dialog rozpoczynał
się według scenariusza, by później wędrować gdzieś w
nieprzewidywalnym kierunku, co czyniło go ciekawszym i
bardziej zabawnym. Filmowanie ma w sobie coś z
rzeźbiarstwa - mamy prostą sytuację życiową i
modyfikujemy ją tak, by nie wypadła nudno. Próbuje się
więc do skutku, by rzecz rozwinęła się we właściwym
kierunku.
Włożyłeś wiele wysiłku w to, by uczynić film
ponadczasowym i uniknąć specyfiki konkretnych czasów.
Zrobiliśmy wiele, by pozbawić naszą historię cech
współczesnego świata, w którym trudno jest wyobrazić
sobie i udramatyzować tę lekko archaiczną pasję i
religijność. Usiłowaliśmy obedrzeć nasz film z cech
charakteryzujących dzisiejszą Wielką Brytanię, m.in.
usuwając hałaśliwą marną muzykę w wykonaniu bardzo
popularnych boys bandów (nastolatki słuchają dziś
strasznej muzyki i musieliśmy pozbawić jej nasze
bohaterki... biedne dziewczęta!). Znaleźliśmy kilka
nieokreślonych wiekowo samochodów, które pozwoliły
zachować niekonkretny przedział czasowy historii. Ujęcia
budowaliśmy stosując proste, ponadczasowe kompozycje
wizualne - domy, samochody, krajobrazy.
strona filmu
z mat. dystrybutora
opr. EWA
|