|
Trzecia
odsłona „Matrixa” wbrew tytułowi nie przynosi żadnych
„rewolucji”, ani tym bardziej „rewelacji” chyba, że za
takowe uznać można pogłębienie chaosu myślowego, brak
konsekwencji, czy w końcu permanentny niedobór logiki.
Już „dwójka” dała sygnał, że braciom Wachowskim
skończyły się pomysły, wszystko, co mieli do powiedzenia
zawarli, w skąd innąd rewelacyjnym oryginale. Jak
wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia i chęć przebicia
oryginału zwyciężyła, choć w przypadku Wachowskich
ambicje szły jeszcze dalej. Bracia pragnęli stworzyć
nową mitologię na wzór „Gwiezdnych wojen”. To się nie
udało. Pozostał niesmak.
Streszczanie fabuły nie ma większego sensu, ale gwoli
ścisłości spróbujmy. Wybraniec Neo pogrążony w śpiączce
ma wizje przebywania w swoistym „niebycie”, pomiędzy
Matrixem a światem realnym. W tym czasie jego ziomkowie
walczą o przetrwanie w Zionie, atakowanego przez
maszyny, które w końcu przedostają się do wnętrza
„ostatniego bastionu ludzkości”, poczym następuje
półgodzinna sekwencja „wojny totalnej”. Widz atakowany
jest feerią obrazów, o niespotykanej wcześniej dawce
patosu, wspartej efektami specjalnymi, tak mocno
eksploatowanymi, że zatracającymi całkowicie świeżość i
element magii, po prostu doszczętnie ogłupiającymi. Neo
przebudzony ze śpiączki szykuje się do decydującej bitwy
z Agentem Smith’em, który urósł w siłę tak bardzo, że
zdolny jest do niekończącej się multiplikacji, a raczej
swoistej reinkarnacji z ciał wchłoniętych przez siebie
„ludzkich owieczek”. Okazuje się , że Smith w równym
stopniu zagraża ludziom , co maszynom. Neo „pertraktuje”
więc z Architektem, który występuje tu pod postacią
naelektryzowanej kuli (!). Maszyny odstępują od ataku na
Syjon, a nasz wybraniec stacza kolejną, ostatnią już na
szczęście bitwę z najsławniejszym z filmowych agentów,
który tym razem, nie wiedzieć czemu znów walczy w
pojedynkę, a jego bliźniaczy bracia jedynie się
przyglądają. Koniec filmu sugeruje, że mimo „zwycięstwa”
wszystko może się powtórzyć….
Nie wiem, jak wy, drodzy czytelnicy, ale niżej podpisany
przechodził straszne katusze na kinowym fotelu,
obserwując z niedowierzaniem i z rosnącą z minuty na
minutę irytacją ten ogłupiający spektakl. Kopanie
leżącego nie uchodzi nawet w świecie Matrixa, więc
ograniczę się jedynie do kilku smutnych refleksji.
Wizja świata przedstawiona w oryginalnym „Matrixie”,
choć nie nowa, dzięki pomysłowości autorów, ich
zdolności do syntezy i prostocie była dla wielu, również
dla mnie, prawdziwym odkryciem. Wachowskim udała się,
rzecz prawie nie możliwa – w pop-kulturowy kontekst
wpisali poważną, filozoficzną diagnozę człowieka w dobie
technicznej rewolucji. Ilość tropów, odniesień do
historii naszej cywilizacji doprawdy zaskakiwała.
Dowodem na to jest niekończąca się ilość tekstów
polemicznych, ukazujących się w prasie , czy
literaturze, nie mówiąc o niezliczonych inspiracjach dla
komiksów, filmów, teledysków.
I oto, nie wiedzieć czemu Wachowscy postanowili
zniszczyć tą legendę, tak jakby przestraszyli się wagi
swojej jakże trafnej diagnozy. Skupili się jedynie na
powielaniu wizualnych atrakcji, które choć same w sobie
bywają niezwykle nowatorskie, to jednak w „jedynce”
stanowiły jedynie dopełnienie dla niezwykłej wizji
świata i człowieka.
Nie wiem, może te sequele, to tylko błąd Matrixa.
Konrad Sisicki
|