|
Gdy tylko zgasły światła i zobaczyłem pierwsze kadry
„Mechanika” poczułem się jak w domu. Od razu dało się
wyczuć znajomy klimat filmów Finchera- te same duszne,
niedoświetlone kadry, ten sam mroczny, niepokojący,
przepełniony tajemnicą nastrój. Tyle tylko, że Brad
Anderson to nie David Fincher, a „Mechanik” to niestety
nie „Podziemny krąg”, choć niemal do połowy trzyma się
mocno.
Film opowiada historię Trevora Riznika- pracownika
jednej z fabryk, który cierpi na chroniczną bezsenność
(podobno roczną!), co skutkuje znaczną utratą wagi.
Christian Bale schudł do roli przeszło 30 kilo i te
mordercze zabiegi widać na ekranie. Fizyczna odmiana
plus wysokiej próby aktorstwo Bale’a, czynią jego postać
prawdziwie przejmującą.
Trevor ma kłopoty. Przez jego nieuwagę kolega z pracy
traci rękę, on sam zaś czuje się coraz bardziej osaczony
przez tajemniczą postać-innego pracownika fabryki, o
którym nikt jednak nie słyszał. W jego domu, na lodówce
ktoś wciąż przykleja karteczkę z narysowaną szubienicą.
Riskin koi nerwy w towarzystwie dwóch kobiet-prostytutki
Stevie (Jennifer Jason Lee) i kelnerki Marii ( Aitana
Sanches- Gidjon) w jego ulubionym barze na lotnisku,
gdzie spędza większość bezsennych nocy. Tajemniczy
nieznajomy jednak nie rezygnuje. Do tego Trevora wciąż
nachodzą dziwne i niezrozumiałe wizje. Ilekroć spojrzy
na zegarek widzi tę samą godzinę, miejsca, w których
przebywa niby po raz pierwszy, wydają się jakby znajome.
Wszystko to pogłębia zagubienie bohatera, a w widzu
autentycznie rośnie ciekawość aż do nieuniknionej
kulminacji, która choć logiczna i uzasadniona
rozczarowuje. Misterna konstrukcja pęka jak przekłuty
balon, obnażając pustkę. Nie można jednak powiedzieć,
aby Anderson nie odrobił pracy domowej. Poza wspomnianym
Fincherem „Mechanikowi” bardzo blisko do „Memento”
Nolana. Tyle tylko, że ten ostatni film sięgał o wiele
głębiej. Tajemnica w nim zawarta dotykała kwestii
prawdziwie istotnych, do tego czysto abstrakcyjnych,
przez co jeszcze podnosiła wartość filmu. „Mechanik”
zatrzymuje się jakby wpół drogi. Opisuje pewne, (skąd
innąd ważkie) zjawisko, jednak używa do tego środków
nieadekwatnych. Mówiąc obrazowo, żeby zabić muchę, nie
potrzebuje od razu działa armatniego, a tak właśnie
dzieje się w przypadku „Mechanika”. Przerost formy nad
treścią jest aż nadto widoczny. Nie pozwala mi to jednak
skonkludować, że film Andersona jest zły. Sama,
misternie budowana atmosfera filmu(oprócz zdjęć, poparta
znakomitymi dźwiękami tła) daje dużo satysfakcji w
odbiorze i daje nadzieję, że Brad Anderson kolejnymi
filmami dołączy do rodziny wybitnych twórców X muzy.
Recenzja by
KOS
o filmie
|