|
Drugi film,
córki sławnego ojca, Sofii Coppoli urzeka
bezpretensjonalnością, autentyzmem oraz nieskrywaną
sympatią dla bohaterów, która już od pierwszych scen
udziela się widzowi.
Oto podstarzały i przebrzmiały gwiazdor amerykańskiego
kina Bob Harris, przyjeżdża do stolicy kraju „kwitnącej
wiśni” nakręcić reklamę whisky. Już pierwsze spojrzenie
na zmęczoną twarz Billa Murray’a mówi wszystko. To
człowiek wypalony, który zatracił gdzieś radość życia,
jego 25- letnie małżeństwo trwa jedynie siłą rozpędu,
zapewne również ze względu na dzieci, które zresztą
specjalnie nie tęsknią za ojcem. Na drugim biegunie mamy
młodą, inteligentną i uroczą Charlotte (bardzo dobra
Scarlett Johansson), żonę młodego, nieco wyalienowanego
fotografa Jacka (pamiętany z „Nieba” Giovani Ribisi).
Robiący karierę Jack zupełnie nie uświadamia sobie, jak
bardzo osamotniona i zaniedbywana czuje się jego żona.
Zdawkowe i puste „Kocham cię” podczas pakowania się i
wyjazdu na następną sesję zdjęciową mówi wszystko.
Selena zostaje sama w pokoju hotelowym, pozostaje jej
tylko kontemplować przez okno panoramę Tokio. Za to Bob
upodobał sobie hotelowy bar, gdzie, co wieczór zabija
smutki przy szklaneczce reklamowanej whisky. Tych dwoje
zagubionych dusz spędzi ze sobą następnych kilka dni, a
raczej godzin, poznając miasto, ludzi i siebie nawzajem.
Film Sofii Coppoli (, której nota bene Francis jest
producentem), wspaniale broni się jako studium
oddalenia, zarówno w sensie geograficznym, jak i
emocjonalnym. Alienację i samotność bohaterów wspaniale
podkreśla tło- ulice jednej z najruchliwszych i
najbardziej kolorowych, światowych metropolii, jakim
jest Tokio. Jednocześnie odmienność kulturowa, jej
niepowtarzalny klimat służy refleksji i wyciszeniu. Ten
dualizm kraju samurajów jest pokazany nieco zdawkowo i
schematycznie, co może razić. Ale wybaczmy to
młodziutkiej Coppoli, pewne uproszczenia w jej filmie, z
nawiązką rekompensuje prawda bijąca ze spotkania dwojga
zagubionych dusz, a także wysokiej próby, subtelny humor
Billa Murraya, który potwierdza znakomitą formę.
Oszczędność i subtelność jego gry naprawdę mogą się
podobać. Podobnie jak rola młodziutkiej, szerzej
nieznanej Scarlett Johansson.
Reasumując, „Lost in Translation” nie jest może dziełem
wybitnym, ale wspaniale wypełnia lukę na kameralne,
szczere i prawdziwe opowieści o ludzkich zmaganiach z
losem. |