|
„Monster”
Patty Jenkins to przede wszystkim oskarowa rola Charlize
Theron. W przeciwieństwie do swoich koleżanek po fachu,
zdobywających w ostatnich latach tę jakże pożądaną
nagrodę, Theron w pełni na nią zasłużyła. Nie tyle
wcieliła się w postać Alieen Wuornos- przydrożnej
prostytutki, ile się nią stała. I to nie tylko w sensie
fizycznym (brawa za charakteryzację), co również w
osobowościowym. Wierzymy jej bezgranicznie.
Alieen Wuornos to postać autentyczna. Skazana na śmierć
za zamordowanie sześciu swoich (często niedoszłych)
klientów. Jej motywacją nie była li tylko chęć zysku, (w
przypadku pierwszego zabójstwa wręcz samoobrona), co
raczej jawna zemsta na całym męskim rodzie, a szerzej na
złym i okrutnym świecie. W tej jawnej drodze ku
autodestrukcji towarzyszy jej młoda i naiwna lesbijka
Selby (Ricci). Paradoksalnie dzięki Selby, Alieen
zaznaje prawdziwej miłości- jak się domyślamy, jedynej,
jakiej kiedykolwiek zaznała.
Mam problem z tym filmem. O ile sama postać głównej
bohaterki odwzorowana jest na ekranie po mistrzowsku, z
całą gamą psychologicznych niuansów i motywacji, o tyle
jej historia nie wychodzi poza czysto reportażowe ramy,
a próby nadania jej przez reżyserkę martyrologicznego
charakteru wywołuje niemałą konsternację. Owszem, obraz
kobiety na dnie, odrzuconej i niechcianej jest
przejmujący, ale nie prowadzi do żadnych głębszych
konstatacji. Tworzy się, (co częste w kinie
amerykańskim) bohatera-mordercę i karze się nam mu
współczuć. Dla Alieen Wuornos, przy całym jej tragicznym
żywocie, nie ma odkupienia. A w widzu pozostaje głęboki
niesmak.
Recenzja
by KOS
o filmie
|