|
Nie
twierdzę, że każdy film powinien mieć przesłanie i
skłaniać do myślenia. Jednak jeśli to robi i nie zahacza
przy tym o tandetę, warto to docenić. Zwłaszcza jeśli
zdobędzie popularność i przyciągnie do kin wielu ludzi.
Co wspólnego ma „Monster”, „Tańcząc w ciemnościach”, „Last
dance”, czy „Dead man walking”? Każdy z tych filmów
pokazuje ludzką twarz skazańca. Przygląda się
człowiekowi nie przez pryzmat samej zbrodni, ale
przyczyn, które do niej doprowadziły, lub chociaż mogły
doprowadzić. Nie pokazuje czarno-białego świata, w
którym są ludzie dobrzy i źli, jak diabli i anieli.
Stara się naświetlić trudną prawdę: dobro i zło nigdy
nie są proste i oczywiste. Tzw. zło zawsze ma swój
przedśpiew w formie braku miłości, zagubienia i
bezsilności.
„Monster” to film oparty na autentycznej historii Aileen
Wournos, prostytutki, która została skazana na śmierć za
zabicie sześciu mężczyzn. W rolę Lee wcieliła się
Charlize Theron. Specjalnie do roli przytyła a reszty
dopełniła charakteryzacja i talent aktorki. Główna
bohaterka jest brzydka, wulgarna i zwalista ma
piegowatą, łojotokową cera, włosy w strąkach, męski krok
i wykrzywione usta, które wyrażają całą gamę uczuć.
Uczuć zniekształconych tak samo jak jej usta. Mimo
całego odrażającego obrazu, film pokazuje kobietę,
której życie od początku spisane było na straty, która
nie miała w życiu dużego wyboru. Namiastkę miłości
dostała dopiero od młodej lesbijki Selby Wall (Christina
Ricci), która wbrew temu co sama sądzi, wykorzystuje Lee,
bawiąc się jej kosztem w zbuntowaną miłość.
Na pierwszej stronie „Wielkiego Gatsbiego” Fitzgeralda
znajdują się słowa: „Kiedykolwiek będziesz miał ochotę
kogoś skrytykować, pamiętaj, że nie wszyscy ludzie mieli
takie możliwości, jak ty”. Warto prześledzić kilka
życiorysów osób skazanych na śmierć i wyciągnąć wnioski.
Nie wszystko co mamy i kim jesteśmy zawdzięczamy sobie.
Bardzo wiele zależy od tego, co działo się zanim
mogliśmy o sobie decydować, nie mówiąc już o tym, że nie
każdego nauczono jak podejmować rozsądne decyzje ...
Prawo do krytyki czyjejś osoby jest rzeczą względną, a
co dopiero skazanie jej na śmierć?
„Monster” to ważny głos w tej kwestii. Choć już sam
tytuł nazywa główna bohaterkę potworem, to czyni to
przewrotnie. Potwór nie jest wcieleniem szatana, tylko
kobietą, której nie okazano miłości. Kiedy zaczęła
dokonywać złych wyborów, nikt nie pomógł jej zrozumieć,
że można inaczej. Film ten pokazuje, że wczesne
wydarzenia mogą działać na zasadzie śnieżnej kuli,
której od pewnego momentu nie można już zatrzymać.
„Monster” przypomina nieco inny film: „Nie czas na łzy”
z Hillary Swank w roli dziewczyny pragnącej zmienić
płeć. Tak jak Charlize Theron, Swank zmieniła się dla
tej roli nie do poznania i również otrzymała Oskara.
Ostatnio mówi się, że receptą na nagrodę Akademii jest
się oszpecić. Swank, Theron i Kidman są tego dobrym
przykładem, jednak sama charakteryzacja nie gwarantuje
sukcesu. Zarówno Swank jak i Theron perfekcyjnie zagrały
swoją fizycznością. Nie tylko wyglądają inaczej, ale
kreują postać od początku do końca w mimice, postawie i
głosie. To pełne szacunku odwzorowanie autentycznych
osób: Tiny Brandon i Aileen Wuornos.
„Monster” i „Nie czas na łzy” mają jednak dużo więcej
wspólnego niż dobra charakteryzacja i aktorstwo. To dwie
historie o pułapce losu, brutalnej stronie życia,
niespełnionych marzeniach, nietolerancji i znieczulicy
otoczenia. Wournos została skazana na śmierć, bo nie
wiedziała jak żyć. Podczas jej procesu zmieniano jej
obrońcę, nie brano pod uwagę jej psychicznego
niezrównoważenia i nie dawano wiary gwałtom, których
była ofiarą. Tina Brandon czuła się mężczyzną, chciała
zmienić płeć, kochała kobietę. Została za to zgwałcona i
zabita w Boże Narodzenie 1993 roku.
Z pewnością cieszy, że coraz częściej robi się filmy o
bezcelowości pochopnej interpretacji pewnych zjawisk,
nie wszystko przecież jest tym, czym bywa nazywane. To
wspaniale, że „Monster”, „Nie czas na łzy”, „Życie za
życie” oglądane są na całym świecie. Pokazują, że
należałoby się wreszcie wyzbyć pewnych stereotypów i
uproszczonego myślenia. Szkoda tylko, że wielu ludziom
potrzeba „Słonia”, żeby stwierdzić, że młodzi ludzie są
wrażliwi i „Pasji”, żeby uświadomić sobie, że Chrystus
został ukrzyżowany.
Paulina
o filmie
|