|
Patryk
Vega (to chyba pseudonim?) -stosunkowo młody
dokumentalista, ukazujący wzloty i upadki polskiej
policji (między innymi w „Prawdziwych psach”
,emitowanych w TVP) postanowił przenieść swoje
obserwacje na duży ekran. Jak pomyślał, tak zrobił i jak
na debiutanta zebrał niewiarygodną wręcz obsadę na czele
z Januszem Gajosem. To zresztą, jak myślę, przekonało
ostatecznie producentów do realizacji. Aktorzy podobno
zachwyceni scenariuszem Vegi faktycznie dali z siebie
wszystko. Jest to najmocniejsza strona filmu. Gorzej z
realizacją. Ale po kolei.
Obserwujemy kilka dni z życia jednego z warszawskich
komisariatów, któremu daleko do wystylizowanych,
upiększonych wnętrz znanych nie tylko z amerykańskich
produkcji. Zaludniają go zmęczeni policyjnym życiem
funkcjonariusze, nadstawiający karku za marne grosze.
Przeżarci panującym zewsząd złem, szukają ucieczki w
alkoholu (skąd my to znamy?) Na domiar złego, wodzeni są
wciąż na pokuszenie, proponowanymi przez bandziorów
łapówkami. Są wśród nich Despero( Marcin Dorociński),
szpaner i cynik, który bez wachania przyjmuje łapówkę za
skasowanie tytułowego Pitbulla- faktycznego gangstera,
co w niczym nie umniejsza jego dwuznacznej postawy. Jest
młody Nielat (Mohr) , z kompleksem ojca-aktora,
dramatycznie potrzebujący uznania starszych kolegów,
jest Benek (Gajos), któremu pozostało zaledwie kilka dni
do emerytury i przerażony tym faktem próbuje skończyć ze
sobą na służbie, wiedząc, że i tak nie minie go zawał,
pojawia się również Metyl (fenomenalny Stroiński), który
popadł w taki alkoholizm , że myli żonę z kochanką. Jest
w końcu Gebels(wyjątkowo dobry Grabowski)-ostatni
sprawiedliwy, który walczy o opiekę nad swoim małoletnim
synkiem. Jest do tego stopnia zdeterminowany, że w
decydującym momencie również gotowy jest się zaprzedać…Uff
Wszystko pięknie, z tym że sama prawda psychologiczna
postaci nie wystarczy. Fabuła bowiem jest szczątkowa, w
duchu bardzo teatralna( i tak filmowana), nie mówiąc o
tym, że z przerażającą ostentacją rysuje się na ekranie
obraz takiej beznadziei, że widz zaczyna mieć
wątpliwości, czy aby faktycznie jest aż tak źle. Owszem
artysta w imię ogólnej prawdy ma prawo na pewne
przerysowania, jednak wszystko ma swoje granice.
Bohaterowie bowiem, mimo, że jak wspomniałem wydają się
bardzo prawdziwi, to jednak czuć, że są tylko pionkami
na szachownicy, którą rządzi reżyser, owładnięty jedną
myślą udowodnienia postawionej przez siebie tezy, która
sprowadza się w głównej mierze do ogólników typu: nie
dofinansowanie polskich stróżów prawa, hipokryzja
przełożonych, i stojących wyżej polityków etc. Mało to
oryginalne niestety, choćby najbardziej prawdziwe. Poza
tym reżyser nie ustrzegł się niestety typowych dla
debiutanta wpadek. Nie mówię tu bynajmniej o zwisającym
z nad dekoracji mikrofonie, a o trudnościach z
utrzymaniem należytej spójności opowiadania. No cóż, od
dokumentu do fabuły droga daleka. Ale dajmy szansę
przejść Vedze(to chyba pseudonim?) tę drogę. Może nas
jeszcze pozytywnie zaskoczyć, choć traktować należy mój
optymizm z rezerwą.
Recenzja by KOS
o filmie
|