|
„Płonąca
pułapka” to film o strażakach, a raczej amerykański film
o amerykańskich strażakach, a jeszcze lepiej: bardzo
amerykański film o bardzo amerykańskich strażakach.
Właściwie jest to dość prosta historia o tym, jakim to
bohaterskim i szczytnym zawodem jest gaszenie pożarów i
ratowanie życia obywateli. Jest trochę napięcia, trochę
wzruszenia, trochę poirytowania z bycia manipulowanym
przez typowo hollywoodzkie sztuczki, sytuację jednak
ratuje fakt, że wszystkie te zabiegi wykonano na tyle
profesjonalnie, że nawet owa manipulacja nie jest znowu
tak bolesna.
Film opowiada o członku załogi jednostki pożarniczej,
tytułowej ladder 49. Jacka Morrisona poznajemy kiedy
ulega wypadkowi w czasie jednej z akcji. W trakcie jak
bohater czeka na przyjście kolegów, którzy wyruszyli mu
z pomocą, przedstawiona zostaje droga młodego strażaka,
jaką przebył od wstąpienia do jednostki aż do dnia
wypadku. A są to różnego rodzaju cieplutkie jak ciasto
babuni opowiastki w stylu: szampańska zabawa i prawdziwa
przyjaźń w miejscu pracy, ślub, narodziny dziecka itd.
Wszystko to poprzetykane migawkami z bohaterskiego
gaszenia pożarów.
Epizody z życia Jacka, mimo że dosyć już oklepane, mają
się nie najgorzej. Skonstruowane zostały w starym dobrym
zamorskim stylu: profesjonalnie trzymają w napięciu,
profesjonalnie wyciskają łzy, profesjonalnie tworzą
wzniosłą atmosferę. Z pewnością Joaquin Phoenix w roli
Jacka Morrisona przyczynił się do tego, że mimo tzw.
„powiewającej flagi” „Płonąca pułapka”, ogólnie rzecz
biorąc, filmem żenującym nie jest. Aktor ten dysponuje
tym rodzajem wrażliwości, który nie blaknie przy
użytkowym jego wykorzystaniu, potrafi pozostać naturalny
nawet gdy inni popadają w przesadę i klisze.
To właśnie przydarzyło się Johnowi Travolcie, który
wcielił się w rolę komendanta Mike’a Kennedy’ego. Tak to
już się z poczciwym Travoltą stało, że wpadł w szufladę,
w której znajdziemy głównie słabszej jakości akcję i
cienki sentyment. W „Płonącej pułapce” użył jedynie
starych narzędzi i stworzył postać, która łączy w sobie
twardego amerykańskiego faceta i ciepłego tatuśka rodem
z „I kto to mówi?”. Nic nowego, nic powalającego, ale
bohater Travolty jest jak znak rozpoznawczy dla
miłośników tego rodzaju kina. Zielone światło pt. „film
nie grozi przegrzaniem mózgu”.
„Płonąca pułapka” to niewątpliwie film nakręcony ku
chwale bohaterskich ludzi ryzykujących swoje zdrowie i
życie ratując innych. Z tego właśnie powodu, że oddaje
szacunek szczytnej profesji, wszelkie nadęcie można
ostatecznie ścierpieć. Jest jednak jeszcze jedna rzecz.
Film ten ogląda się jak obraz zainspirowany prawdziwymi
wydarzeniami, ale żadna informacja o prawdziwych
strażakach nie pojawia się ani na początku, ani na końcu
filmu. I kiedy umundurowani bohaterowie oddają hołd
rannym lub poległym kolegom po fachu, nie trudno odnieść
wrażenie, że może chodzi tu nie o tych mundurowych i nie
o ten pożar. Co tak właściwie chciał powiedzieć artysta?
Komu zasalutować? Czy znowu udało się nas nabrać?
Paulina
o filmie
|