|
Twórcy filmowi wykorzystują czasem dowcip, by zaraz
potem spowodować, że śmiech więźnie nam w gardle. Tak
właśnie postąpił reżyser obrazu "Porządek musi być!",
Marcus Mittermeier. Autor zawstydza odbiorcę w
atrakcyjny i prowokacyjny sposób, sprzedając
interesujący morał.
Film przedstawia działalność Muksa - 30-letniego
idealisty o nienagannych manierach, który uważa, że bez
porozumienia z legalnymi organami ścigania ma prawo
karać przestępców. Czyha więc na piratów drogowych,
chłopców sikających do basenów, ludzi nieprawidłowo
parkujących samochody, graficiarzy, a nawet gwałcicieli.
Jego działalność z biegiem czasu zyskuje uznanie w
oczach opinii społecznej.
Początkowo wydaje się, że postępowanie Muksa jest
odpowiedzią na nasze własne lęki i pragnienia. Coraz
częściej bowiem się zdarza, iż wątpiąc w skuteczność
działania organów ścigania chcielibyśmy sami wymierzać
sprawiedliwość. Tymczasem obraz nie zatrzymuje się na
projekcji naszych mrzonek. Reżyser posuwa się znacznie
dalej, ukazując cienką linię, jaka dzieli idealizm od
fanatyzmu.
Sięgając po publicystyczną treść Mittermeier posługuje
się również formą paradokumentu. Na ekranie widzimy
materiał nakręcony kamerą cyfrową, prezentujący kolejne
akcje Muksa. Mimo iż zdjęcia te nie są atrakcyjne pod
względem wizualnym, budują atmosferę autentyzmu i
obiektywizmu. Dzięki temu łatwo utożsamiamy się z
bohaterem, a zarazem równie szybko odkrywany jego
szaleństwo.
"Porządek musi być!" może być potraktowany jako
niebezpieczny film instruktażowy dla potencjalnych
„Supermanów”. Jednak przede wszystkim to zabawny traktat
o tym, iż wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, ze słabościami
i skłonnościami do występków, czasami tych większych, a
czasami mniejszych.
Helena Korso
o
filmie
|