|
Tegoroczny
duński kandydat do Oskara, wyróżniony kilkoma innymi
nagrodami, (w tym Brązową Żabą na Camerimage) zapowiadał
się naprawdę interesująco. Nietuzinkowa opowieść o
miłości, pełna niuansów, niedopowiedzeń, ulotnych
spojrzeń. Kochankowie zawieszeni między fikcją a
rzeczywistością, miotający się, poszukujący. A do tego
zaburzona chronologia zdarzeń, mająca idealnie
podkreślać wyobcowanie bohaterów. Wszystko pięknie do
momentu, kiedy po mniej więcej 15 minutach projekcji
okazało się, że ta misterna filmowa konstrukcja nijak
nie sprawdza się na ekranie.
Alex jest fotografem. Ma szczerze kochającą i oddaną mu
dziewczynę imieniem Simone.
Ich związek układa się bardzo dobrze, do momentu jednak,
kiedy Alex poznaje w barze Aimee (gra ją ta sama
aktorka- Maria Bonnevie) Mężczyzna bez wahania porzuca
dawną miłość, poznana kobieta odchodzi od męża pisarza,
który właśnie kończy książkę o swoistym trójkącie
miłosnym…
Pomysł na parę kochanków i obserwującego ich romans
demiurga-narratora, który tu w osobie pisarza sam
umiejscawia się w roli jednego z protagonistów pochodzi
wprost z prozy Julio Cortazara, a konkretnie z jednego z
jego opowiadań. Nie wiele jednak ma z nią wspólnego.
Reżyserowi, bowiem nie udało się stworzyć na ekranie
spójnej, choćby poprzez klimat i sposób filmowania
opowieści. Z jednej strony naturalistyczne obrazy
przywodzące na myśl dokonania Dogmy (w sumie nic
dziwnego –mówimy o Duńskim filmie) , z drugiej próba
metafizyki ala David Lynch, która miejscami jest tak
toporna, naiwna i dosłowna , że wręcz śmieszy. Nie
pomagają również aktorzy, a zwłaszcza Alex (Nikolaj Lie
Kass), który sprawia wrażenie jakby na plan filmowy
trafił prosto z boiska drugoligowej drużyny piłkarskiej.
Chaos wizualny pogłębia się kiedy w ramach przerywników
karmieni jesteśmy licznymi efektownymi wstawkami (typu
rozmycie obrazu, tytułowanie rozdziałów) Choć same w
sobie są ciekawe, to wydają się zupełnie zbędne. Reżyser
z wielkim mozołem próbuje ukazać przypadkowość losu
bohaterów, a także ich nierzeczywistość, głównie
najprostszym ze środków- montażem. Nie próbuje w żaden
sposób nadać opowieści swoistego rytmu, karze miotać się
swoim postaciom w naiwnej wierze, że ukazuje to, co
najważniejsze, to, co między wierszami. Otóż nie,
przynajmniej dla mnie. Efektowne i naprawdę ciekawe
frazy typu-„Jeśli ty jesteś moim snem, to ja jestem
twoim” trafiają w próżnię, a powtarzane po wielokroć
irytują. Nie ma w tym za grosz prawdy. Pozostaje pusta
zabawa w kino. No właśnie- jak mawia w filmie
pisarz-narrator -„to tylko film-konstrukcja”. I
faktycznie „boli”.
Recenzja By KOS
|