|
Czy
rzeczywiście warto „zgrzeszyć”, wydając 20zl na bilet na
najnowszy skręt Rodrigueza? Moim zdaniem tylko
częściowo. Twórca „El Mariachi” i „Desperado” postanowił
przenieść na ekran swój ulubiony komiks autorstwa Franka
Millera,(który zresztą pracował przy filmie) Jak
pomyślał, tak zrobił i dosłownie zamienił nieruchome
rysunki w żywe obrazy. Komiks posłużył jako storyboard.
A efekt? Jak napisałem-„średni na jeża”
Zacznijmy od pozytywów: Klimat: Od pierwszych kadrów
daje się wyczuć atmosferę kina noir- mroczną i posępną,
skąpaną w deszczu rzeczywistość, którą zaludniają
wszelkiej maści ciemne typy. Choć efekty te wygenerował
w całości komputer, tworzą one doskonałe tło, zgodne z
resztą z literą pierwowzoru. A pro pos komiksu Millera-
to, co w filmie naprawdę pozytywnie zaskakuje to monolog
wewnętrzny bohaterów- stary jak kino zabieg filmowy, tu
przeżywający swój prawdziwy renesans-wypowiadany z
odpowiednią intonacją, a przede wszystkim ładnie
brzmiący- w gruncie rzeczy niezły literacki kawałek. Tu,
nielicząc może jeszcze gry niektórych aktorów, w tym
zaskakująco dobrego Willisa i Rourke’a, kończą się
niestety pozytywy. Film, choć atrakcyjny wizualnie
pozostaje zimny, wykalkulowany. Nie czuć w nim emocji,
które, jak wiemy decydują o wiarygodności. Obrazy
„Miasta Grzechu”, choć ożywione pozostają martwe,
postaci również.
Pytanie, czy mogło być inaczej? Zapewne tak, ale tylko
pod warunkiem odejścia, choćby nieznacznie od
literackiego pierwowzoru. Film sklecony został z trzech
noweli- jest to połączenie niezbyt fortunne. O ile
opowieści pierwsza o przedzawałowym gliniarzu, będąca
zarazem ostatnią-(kłania się „Pulp Fiction” kolegi
Tarantino, który zresztą wyreżyserował w tym filmie
jedną scenę) jest ciekawa i na swój sposób
wciągająca,(podobnie jak druga z mocarnym Rourke’iem), o
tyle trzecia, środkowa część jest niemiłosiernie
przeciągnięta, nie emocjonująca i zwyczajnie nudna.
Emocje, więcej emocji panowie!!!! Reasumując, ja
zgrzeszyłem idąc na „Miasto…,wam niekoniecznie radzę iść
w moje ślady. Poczekajmy, co nowego „popełni” Rodriguez
do spółki z Tarantino.
Recenzja By KOS
o filmie |