|
Film "Sky
Kapitan i świat jutra" ma sporo wad. Ale jedna z nich
jest dla niego całkowicie dyskredytująca - z ekranu
wieje nudą.
Obraz jest futurystyczną opowieścią, rozgrywająca się w
przeszłości (1930 rok). Młoda dziennikarka z Nowego
Jorku, Polly Perkins (Gwyneth Paltrow), wpada na ślad
tajemniczych zabójstw. W tym samym czasie w mieście
pojawiają się ogromne roboty i dziwaczne samoloty. Na
pomoc przylatuje dawny przyjaciel Polly - as
przestworzy, Sky Kapitan (Jude Law).
Tworząc swoją wizję futurystycznej przeszłości Kerry
Conran korzystał z bardzo wielu źródeł. Oczywiście
główną inspirację stanowiły komiksy, które będąc
młodzieńcem namiętnie czytywał. Artysta przyznaje się
też do fascynacji światem filmu noir lat 30. i 40. I
trzeba przyznać, że stworzona całkowicie na komputerze
rzeczywistość robi znakomite wrażenie. Estetycznie
trudno temu projektowi cokolwiek zarzucić.
Biorąc po lupę dzieło Conrana, można dostrzec atrakcyjne
smaczki. Obraz rozpoczyna się od cumowania zeppelina
przy Empire State Building. Nie jest to tylko
ekstrawagancja reżysera. W latach 30. rzeczywiście
istniały plany, by sterowce zatrzymywały się przy
najwyższym budynku świata. Jednak dwie próby nie
powiodły się, a gdy doszło do katastrofy Hindenburga I w
1937 roku, kolejnych zaniechano. Istniał jeszcze
Hindenburg II, a ten w "Sky Kapitan i świat jutra" ma
numer III. Inną ciekawostką jest fakt, że do stworzenia
postaci czarnego charakteru w filmie wykorzystano
zdjęcia legendarnego aktora Laurence'a Oliviera. Takich
smaczków znaleźć można oczywiście więcej, co czyni obraz
gratką dla wytrawnych kinomanów.
Niestety, dbając o warstwę wizualną projektu całkowicie
zapomniano o sprawach najważniejszych. Po pierwsze:
scenariusz jest wyjątkowo mało interesujący. Po drugie:
dialogi są żenujące. Po trzecie: aktorstwo jest nijakie.
Trudno więc dziwić się, że film w Stanach Zjednoczonych
spotkał się z raczej średnim zainteresowaniem.
Jest natomiast jeden całkiem dobry powód, by pójść do
kina na "Sky Kapitan i świat jutra". Do obrazu dołączona
bowiem została nowa animacja Tomasza Bagińskiego -
"Sztuka latania". Choć obraz trwa tylko 6 minut,
naprawdę warto go zobaczyć. Gdyby pan Tomasz miał budżet
i możliwości Kerry'ego Cornana, z pewnością zrobiłby z
nich znacznie lepszy użytek. Miejmy więc nadzieję, że
kiedyś tak się stanie.
Dr Drętwy
o filmie
|