|
Po niezbyt
błyskotliwych komediach "Okrucieństwo nie do przyjęcia"
i "Ladykillers, czyli zabójczy kwintet" oraz serii
krótkich filmów wchodzących w skład większych produkcji,
bracia Ethan i Jole Coen wracają w wielkiej formie.
"To nie jest kraj dla starych ludzi" jest ekranizacją
powieści Cormaca McCarthy'ego. To opowieść o prostym
człowieku, który przez przypadek trafia na miejsce
zbrodni i znajduje na nim kilka trupów oraz walizkę
wypełnioną pieniędzmi i narkotyki. Zabiera znalezisko,
które sprowadza na niego kłopoty. Przez kolejne dni musi
walczyć z ludźmi, którzy starają się odzyskać utracone
dobra. Jego największym przeciwnikiem jest
psychopatyczny morderca, po cichu i z uporem podążający
jego śladem.
Film od czasu projekcji na zeszłorocznym festiwalu w
Cannes zgarnia wszelkie możliwe nagrody, zarówno dla
obsady, jak i twórców. I nie ma w tym nic dziwnego. To
niemalże pozbawiony ilustracji muzycznej obraz, którego
zdjęcia autorstwa Rogera Deakinsa po prostu zachwycają,
a dialogi - rzadkie, niemal drugoplanowe - dopowiadają
akcję, ale także komentują życie w jego ogólności. W
utrzymanym w klimacie westernu starciu zwyczajnego
mężczyzny z teksańskim terminatorem, bez mrugnięcia
okiem zabijającym niewinne, przez przypadek napotkane
osoby, tkwi także subtelna, ale i przejmująca analiza
kondycji człowieka. Istoty chciwej, poddającej się
instynktownie biegowi wydarzeń, postępującej według
utartych schematów, a przede wszystkim nie upatrującej
sensu w tych wszystkich działaniach.
"To nie jest kraj dla starych ludzi" ogląda się z gorzką
przyjemnością. Jego wizualne piękno zachwyca, gra
aktorska udowadnia, iż podobnie jak Quentin Tarantino,
tak i bracia Coen potrafią wypatrzyć w odtwórcach
głównych ról to wyjątkowe coś, prawdziwą magię,
oczarowującą widzów. A ostatnie zdanie, które pada z
ekranu, wprost zamraża. Takich kwestii w historii kina
padło naprawdę niewiele.
Alicja Gancarz
|