|
Punkt wyjścia dla fabuły jest intrygujący, choć, jak
wiemy nie oryginalny. Woda, jacht, i ich troje-
przerabialiśmy to już w niekłamanym arcydziele
Polańskiego. W "Trzecim" następuje jedynie odwrócenie
schematu - małżeństwo jest młode, ten trzeci ma swoje
lata. Reszta pozostaje po staremu- dwoje
nuworyszy-pięknych i bogatych, lecz nieco zblazowanych i
On- chodzący własnymi drogami outsider, który za nic ma
blichtr tego świata. Reżyser świadom zapożyczenia,
szybko wraz ze swymi bohaterami wędruje na ląd i zaczyna
się „Polish Road Movie”, co osobiście dla mnie było
bardzo sympatycznym pomysłem, jako że motyw kina drogi
bardzo sobie cenię, i wbrew pozorom (a na pewno wbrew
stanowi polskich dróg), bardzo ładnie adaptuje się w
naszych warunkach.
Ewa (bardzo dobra Cielecka) i Paweł (dobrze komponujący
się w kadrze Poniedziałek) to para żywcem wyjęta z
plotkarskiej prasy, ukazującej życie młodych -
zaradnych, którzy idealnie zaadoptowali się w warunkach
dzikiego kapitalizmu. On prezesuje firmie
informatycznej-ona trwa przy mężu, korzystając z
dobrodziejstw, jakie niesie życie. Tworzącą się między
nimi pustkę zagłuszają prowadząc ze sobą subtelną grę- a
to udając, że wciąż pozostają w stanie wolnym, to
ostentacyjnie podejrzewając u siebie zdradę. Jak na
lekarstwo pojawia się ten Trzeci (odmieniony Marek
Kondrat), człowiek bez przeszłości, który wprowadzi w
życie małżonków odrobiną wesołej anarchii, popartej
jednak głębszą refleksją.
Pewna gładkość powyższego opisu odpowiada idealnie
wydarzeniom, przebiegającym gładko (chyba zbyt gładko)
przez ekran. Podstawowym problemem są stereotypy młodych
postaci. Aktorzy robią, co mogą, aby tchnąć w nie nieco
życia. Szczególnie Magdalena Cielecka, aktorka, która
już nie raz udowodniła (również, a może przede wszystkim
na deskach teatralnych), że dusza kobiety jest jak
wzburzone morze. Tu materiał ma bardzo skromny, jednak
jej Ewa to tylko pozornie „głupia blondynka”- żona
swojego męża. Bardzo interesujące jest patrzeć, jak w
tej kobiecie rodzi się (w dużej mierze za sprawą
Trzeciego) samoświadomość. Sam Trzeci to postać, żywcem
wyjęta z kina Kieślowskiego, którego metafizyczny
rodowód jest aż nadto widoczny, szczególnie w zbędnym,
zbyt dosłownym
finale. Zresztą trudno mówić o metafizyce, kiedy na
każdym kroku dawkuje się widzom „product placemant”
„Trzeci” Jana Hryniaka jest ambitną próbą robienia kina
na szerszą skalę, uniwersalną w przekazie, i bardzo
profesjonalnie podaną, co w polskim kinie stanowi nie
lada rzadkość. Uznać ją jednak należy, za ambitną
porażkę.
Recenzja by KOS |