|
Wygląda na
to, że Juliusz Machulski wraca do formy. Nigdy nie
kryłem sentymentu do tego reżysera, choć dwie jego
ostatnie produkcje, (w szczególności „Superprodukcja”)
nieco nadwątliły moja wiarę w talent twórcy „Seksmisji”.
Dlatego z mocnym biciem serca oczekiwałem premiery
„Vinciego” Już sam pomysł na film napawał optymizmem.
Powrót do kina gatunkowego i to z pod znaku „Vabanku”
wydawał się strzałem w dziesiątkę. Kluczem do sukcesu
miał być przede wszystkim precyzyjny scenariusz, a jak
wiadomo Machulski pisać potrafi. Do tego nazwisko ojca
reżysera w czołówce, niezapomnianego Kwinty, miało
dopełnić dzieła. A pro pos dzieła. W najnowszym dziele
autora „Szwadronu” chodzi właśnie o DZIEŁO,
najcenniejszy obraz „zamieszkały” na ziemiach polskich-
„Damę z łasiczką Leonarda Da Vinci.
Miejsce akcji Kraków. Oto na skutek interwencji pewnego
pasera- „Grubego”, na przepustke z więzienia wychodzi
„Cuma” (dobry Więckiewicz)- spec nad specami,
specjalizujący się w wyrafinowanych kradzieżach. Swego
czasu wpadł on w ręce policji na skutek gapiostwa swego
wspólnika „Szerszenia” (jeszcze lepszy Szyc) Cuma szybko
wybacza swemu niedoszłemu partnerowi, bowiem Gruby
zlecił mu kradzież słynnego obrazu, do czego niezbędna
jest pomoc Szerszenia vel Juliana z resztą. Julian nie
kwapi się zbytnio, bo dawna wpadka przyjaciela nie tylko
sprawiła, że zapragnął żyć uczciwie, ale na dodatek
zapragnął zostać policjantem. Jednak siła perswazji Cumy
wzięła górę. Julian kontaktuje się ze starym wygą-
kopistą obrazów Hagenem (Jan Machulski- klasa sama dla
siebie), który z kolei poleca Szerszeniowi, aby
skorzystał z usług utalentowanej
(i krnąbrnej), młodej
malarki Magdy (urocza Kamila Baar, która zresztą zdradza
duże podobieństwo do „Damy” z obrazu…) Ta godzi się
skopiować słynny obraz, podczas gdy Cuma, Szerszeń i
pewien sympatyczny Ślązak przygotowują kradzież
oryginału.
Dalej, rzecz jasna nie opowiadam, zdradzę tylko, że
będzie się działo. Intryga rozwija się klarownie, a
bohaterowie szybko zyskują sympatie widza, aż do
wiadomej kulminacji, która obowiązkowo posiada podwójne
(a nawet potrójne) dno. Wszystko jest tu na miejscu,
doprawione szczypta humoru, jest tez kilka miłych
niespodzianek (między innymi świetna muzyka Stanieckiego),
kilka smaczków dla wytrawnych kinomanów (cytaty!). Jest
tez niestety kilka minusów, głównie czysto technicznych,
lecz rzutujących na odbiór. Mam na myśli permanentny
brak ostrości (!) w różnych, często nieprzewidzianych
częściach kadru (na pewno nie na skutek złej projekcji)
, a także zdjęcia( znakomitego skąd inną operatora
Edwarda Kłosińskiego) – gdzież ten obiecany, pięknie
sfotografowany Kraków ? Dominują wyblakłe kolory, do
tego dochodzą statyczne kadry. Tu, domyślam się wkroczył
okrojony budżet, a jak wiadomo to przypadłość całego
polskiego kina.
Reasumując, „Vinci” Juliusza Machulskiego nie jest nowym
„Vabankiem”, bo nim być nie może. Jednakże tym
wszystkim, którzy pogrzebali już twórcę „Kingsajzu”
mówię: stanowczo za wcześnie. Reżyser udowodnił, że nie
zapomniał jak się kręci przyzwoite, rzetelne i
inteligentne kino rozrywkowe. „Vinci”, choć arcydziełem
nie jest, w pełni dowodzi tej tezy.
Recenzja
by KOS
o filmie
|