|
I tak oto po
pół rocznej zwłoce (a nawet kilku „zwłokach”),
doczekaliśmy się słodkiej zemsty Panny Młodej vel
Czarnej Mamby vel Beatrix Kiddo na swoim byłym szefie i
kochanku Billu. Czy warto było czekać?
Kontynuacja, (bo trudno tu mówić o sequelu) zaskakuje w
wielu miejscach i na różnych poziomach. W przeważającej
części zaskakuje pozytywnie. Przede wszystkim bardzo
różni się od poprzedniczki tempem narracji. O ile
pierwsza odsłona była szaleńczym, (a przy tym bardzo
krwawym) sprintem, o tyle volume 2 można nazwać
maratończykiem. I to maratończykiem o wiele mniej
zakrwawionym. Owszem, Panna Młoda kończy, co zaczęła
(jeszcze trzy nazwiska na liście), ale robi to
nieśpiesznie, robiąc przy tym przerwy na liczne
konwersacje, bystre spojrzenia i zniewalające uśmiechy.
Mówię to bez przekąsu - Tarantinowska fascynacja Umą
Thurman osiąga w „dwójce” swoje, jakże urocze apogeum.
Licznym dysputom oddają się zresztą wszyscy bohaterowie
filmu. Jak to u Tarantino, „gadki” te bywają „zajebiste”-
tak „o dupie Maryni” nikt w żadnym filmie nie gaworzy Tu
jednak pojawia się małe zastrzeżenie. Momentami dialogi
te sprawiają wrażenie niemiłosiernie przeciągniętych,
jakby ich jedynym celem było wypełnić metrażową lukę. Tu
odzywa się uzasadniony (i powszechny) zarzut, że „Kill
Bill” powinien mieć tylko jedna odsłonę. Podejrzewam
jednak (tu z kolei wbrew powszechnej opinii), że to nie
naciski producentów, lecz decyzja samego reżysera
spowodowała, że zemsta stała się zeeeeeeeeeemstą.
Tarantino po prostu (i czuć to w każdym kadrze)
rozsmakowuje się w stworzonym przez siebie świecie, a
raczej w świecie własnego dzieciństwa, kiedy chłonął
zawzięcie filmowe obrazy rodem z Hong-Kongu. W niemal
każdym kadrze czuć ten sentyment. I fajnie. Szczególnie,
że niektóre ujęcia (głównie te, gdzie widać Umę Thurman)
są fantastyczne. Na oddzielne uznanie zasługuje David
Carradine. Ten zapomniany aktor daje tu prawdziwy popis
aktorskiej powściągliwości. Ale do tego trafnego
wyszukiwania zapomnianych talentów Tarantino zdążył już
nas przyzwyczaić.
Dla mnie osobiście tym, co czyni z „Kill Billa” ważną
pozycję w dorobku reżysera „Wściekłych Psów” i co może
nadać temu filmowi ponadczasowość, to nie sentyment
Tarantina do „kina kopanego”, a właśnie fascynacja Umą
Thurman, która jako Panna Młoda w finale z zabójczyni
staje się matką, co jak sugeruje reżyser, jest (w sensie
emocjonalnym) bardzo pokrewnym zajęciem.
Recenzja
by KOS
|