|
Niezbyt
udany sequel sprzed 3 lat. Nie pomogło nazwisko Paul’a
Greengraas’a- twórcy „Krwawej niedzieli” w czołówce. O
ile „Tożsamość…”, która de facto jest remake’kiem
telewizyjnej wersji z 86 roku, w której w roli dzielnego
agenta bez pamięci wcielił się Richard Chamberlain,
trzymała poziom oryginału, głównie dzięki precyzji
scenariusza i braku bezmyślnej rąbanki, o tyle
„Krucjata…” jest już tylko typowym kinem akcji, o
niespotykanej dotąd dynamice in minus. Trudno nawet
powiedzieć, że jest to teledysk, bo jak wiadomo nawet
teledyski posiadają zróżnicowaną (poprzez muzykę)
tonację. Tu wszystko przebiega jednolicie, ujęcie za
ujęciem, cięcie po cięciu. Najdłuższe ujęcie trwa może 5
sekund, cała scena niewiele dłużej. Za bilet do kina
dostajemy za to prawdziwą wycieczkę krajoznawczą- od
Indii, po Berlin i Moskwę.
Jason Bourne (zupełnie niewiarygodny w tej roli Matt
Damon), ma dość zaszczytnej służby i pragnie spokoju u
boku urodziwej żony (pojawiająca się na krótko Franka
Potente). Nie jest mu ona jednak dana. Knucia na górze
(chęć definitywnego zamknięcia tajnej operacji, w której
Bourne kiedyś uczestniczył) doprowadzają do decyzji o
jego zlikwidowaniu. W skutek przypadku ginie „tylko”
jego żona. Jak łatwo się domyśleć Bourne nie puści tego
płazem…
To, co czyniło „Tożsamość…” filmem intrygującym (nie bez
znaczenia jest to, że popartym solidną szpiegowską
literaturą pióra Lundluma), było całkowite zagubienie
bohatera w skrajnie nie sprzyjającym mu świecie, w
„Krucjacie..” mamy tylko mocno wyeksploatowany motyw
zemsty. Trochę mało jak na emocjonujący film
szpiegowski.
Recenzja by KOS
o filmie |