|
Ciężko pisać o filmie, na którego temat ma się wyrobione
zdanie przed jego obejrzeniem. Nie wynika to bynajmniej
z jakiś uprzedzeń, ani broń Boże z arogancji piszącego.
Po prostu film „Pojutrze” należy do tzw. filmów „fastfodowych”,
bliźniaczo podobnych do siebie, jak kanapki w
McDonaldzie. Specjalistą w tego typu niewyszukanym menu
stał się ostatnio niemiecki reżyser Roland Emerich,
który, wydaje się na dobre zagościł w „Fabryce Snów”.
Jego „Godzilla”, a wcześniej „Dzień Niepodległości” to
dwaj bliźniaczy bracia „Pojutrza”. Zarówno pod względem
formy, jak treści. Dlaczego treści? Różnice, bowiem są
minimalne.
Tematem wszystkich trzech filmów jest katastrofa,
nawiedzająca przede wszystkim Nowy Jork. Raz zniszczenie
sieje gigantyczny jaszczur, kiedy indziej kosmici, tym
razem przyszła pora na anomalie pogodowe, prowadzące
wprost do nowej epoki lodowcowej!!!!!! Do tych
nieszczęść spadających na Nowojorczyków, rozszerzających
się następnie na całą ludzkość, dopisane zostają
mechaniczne, stereotypowe historyjki o dzielnych
indywiduach i ich rodzinach, walczących zaciekle z
przeciwnościami losu. Na czele tych dzielnych jednostek,
obowiązkowo stać musi największy bohater ludzkości -
prezydent Stanów Zjednoczonych, który w odpowiednim
momencie wkroczy, służąc radą i ciepłym, krzepiącym
słowem.
Ironia sama ciśnie się na usta. Ironia, której tak
bardzo brakuje w patetycznych i ogłupiających obrazach
Emericha. Paradoksalnie „Pojutrze” (przynajmniej, jak
dla mnie) było najłatwiejsze do przełknięcia. Może,
dlatego, że tym razem kataklizm miał realne podstawy
(choć i tak mało prawdopodobne, a jeśli już to nie
prędzej niż za 500 lat i raczej nie w aż tak gwałtownej
formie) Nie mniej, kilka obrazów, (choć czysto
komputerowych) przykuwa uwagę, np. jak zwykle, niezwykle
plastyczny Nowy Jork, z wyjątkową łatwością (i urodą)
poddający się kolejnej „pięknej” zagładzie. Widać, że
efekty komputerowe najlepiej sprawdzają się w
geometrycznych formach- widok walących się budynków bywa
niezwykle sugestywny. Tylko, cóż z tego skoro mówimy o
filmie, nie zaś o wykładzie z renderingu.
Zadziwia i przeraża mnie ta chorobliwa niechęć
hollywoodzkich twórców (czyt. producentów) do nadania
swoim produktom, choćby znamion filmowości, rozumianej
jako prawdziwy ludzki dramat, nie zaś jego kalka. Tak
było w Hollywood jeszcze 20-30 lat temu. Wtedy ludzkie
losy brały górę nad efektami specjalnymi. Nie chcę przez
to powiedzieć, że epoka cyfrowa zabiła kino, po prostu
ludzie z branży filmowej, oślepieni wizją kolejnych zer
na koncie nie nauczyli się jej stosować w prawdziwie
twórczy sposób. Nie wymagam bynajmniej, żeby kino
katastroficzne, z założenia nastawione na widowiskowość
zamieniło się nagle w wyrafinowane studium charakterów
ala Bergman, jednakże nie chcę oglądać na ekranie
chodzących marionetek. Dehumanizacja, nawet, a może
przede wszystkim w kinie- tej najpopularniejszej formie
rozrywki-niczemu dobremu nie służy. Teraz jakiś łysy pan
w dresie, siedzący gdzieś w trzecim rzędzie, mógłby
krzyknąć, wypluwając resztki nie przeżutego popcornu: „-
Humanista się znalazł.”. Może i miałby rację, ale mój
dramatyczny apel, to raczej głos zatroskanego kinomana,
bolejącego nad poziomem amerykańskiego kina, które, dam
sobie rękę uciąć, prezentowało w przeszłości dużo wyższy
poziom.
o
filmie
Recenzja
by KOS
|