|
Debiut
kinowy „Symetria” Konrada Niewolskiego ze wszech miar
zasługuje na szacunek, choćby za szczerą i profesjonalną
wypowiedź na temat znany reżyserowi od podszewki.
Niewolski to ciekawa postać i swego rodzaju ewenement w
polskim kinie. Facet bez wykształcenia filmowego, w
zasadzie amator (patrz „D.I.L”) kręci w profesjonalnych
warunkach, za wcale niezłe pieniądze film, po którym nie
widać znamion owej amatorszczyzny, wręcz przeciwnie, z
minuty na minutę film staje się coraz bardziej
wyrafinowany formalnie i psychologicznie. Na pewno duża
w tym zasługa profesjonalnej ekipy, począwszy od
doświadczonego,(choć młodego) operatora Arkadiusza
Tomiaka, poprzez doborową obsadę, a kończąc na jak
zwykle niezawodnym Michale Lorencu.
„Symetria” to film więzienny w pełnym tego słowa
znaczeniu. Choć to temat bardzo nośny, rzadko w polskim
kinie podejmowany. Ostatnim pełnokrwistym przypadkiem
było „Przesłuchanie”, choć ze względu na
polityczno-historyczny kontekst trudno go do „Symetrii”
bezpośrednio porównywać. Film Niewolskiego nie ma tak
daleko idących ambicji. To raczej kameralne studium
charakteru, dodajmy charakteru w stanie przemiany. Oto
Bogu ducha winny student, zostaje zgarnięty z ulicy (tuż
po wyjściu z kina) na posterunek policji, gdzie
poszkodowana staruszka rozpoznaje w nim własnego
oprawcę. Łukasz (Arek Detmer) trafia do Białołęki
–podwarszawskiego więzienia, gdzie będzie oczekiwać na
rozprawę. Szybko dowiaduje się o prostym podziale na
dwie kategorię „mieszkańców”-„frajerów” i
„grypsujących”. Sam do końca nie wiedząc, w co się
pakuje, Łukasz wybiera drugą opcję.
Trafia do przejściowej celi pełnej różnego asortymentu
podejrzanych typów. Prym w celi wiedzie Kosior (etatowy
bandyta polskiego kina Mariusz Jakus). Jest też
„napakowany”,
oczekujący na wyrok Siwy, (Marcin Jędrzejewski), młody i
narwany Albert (Borys Szyc), a także stojący niżej w
więziennej hierarchii (siedzący „tylko” za alimenty)
Roman (Janusz Bukowski). Jakby na deser pojawia się
wśród skazanych Dawid (Andrzej Chyra)- nauczyciel
akademicki, który zabił gwałciciela własnej żony. To do
niego najbliżej Łukaszowi, któremu brutalnie przerwano
studia na wydziale geografii. Student stara się stawić
czoło nowej sytuacji, uczy się „grypserki”, unika jak
może konfliktów, często niemożliwych do uniknięcia.
Powoli wtapia się w tło, z niesłabnącą nadzieją na
rychłe opuszczenie murów Białołęki. Moment rozprawy
opóźnia się, na domiar złego staruszka, która go
wskazała umiera w szpitalu, prokurator dodaje zarzut
nieumyślnego spowodowania śmierci. Łukasz próbuje
popełnić samobójstwo (jedna z najlepszych scen w filmie)
Efektem jest
„śmierć” Łukasza- studenta, w celi zostaje już tylko
Łukasz-skazaniec. Jego przynależność do zamkniętego,
rządzącego się własnymi prawami więziennego świata
potwierdza dramatyczny finał filmu – „wyrok” na nowo
przybyłym do celi pedofilu.
Całość rozegrana jest w zimnych, zielonkawych barwach, w
ciszy, przerywanej
(momentami bardzo dźwięczną ) więzienną grypserą, bez
zbędnych narracyjnych ozdobników, pomagających w pełni
utożsamić się z wzrastającą alienacją, a w końcu
asymilacją bohatera do więziennego życia. Można
oczywiście zżymać się na pewne uproszczenia, czy brak
chęci autora do bardziej dogłębnej analizy
rzeczywistości, przyczyn dla których ci ludzie trafiają
w takie miejsca jak Białołęka. Ale nie o to chyba
autorowi chodziło. Pokazał „jedynie” cienką granicę,
jaka dzieli Kosiora, Alberta, czy Siwego od Łukasza, od
każdego z nas. Jak na debiutanta to bardzo dużo.
|