|
Pierwsze 5 minut filmu Michaela Manna zapowiadało
kolejną filmową ucztę alla „Gorączka”. Niestety, właśnie
tyle czasu potrzeba było, aby rozwiać złudzenia związane
z „Zakładnikiem”.
Reżyser zabiera nas w nocną podróż po współczesnym Los
Angeles- mieście- molochu, pełnym anonimowości i
przemocy. Naszym przewodnikiem jest taksówkarz Max,
który choć jeździ na taryfie już 12 lat, nie wyzbył się
marzeń i wiary w lepsze jutro. Pech chce, że jego
kolejnym klientem zostaje Vincent („posrebrzany” Tom
Cruise) – płatny zabójca na zlecenie. Max szybko
orientuje się, kim jest jego pasażer, jednak Vincent ani
myśli rezygnować z usług przewozowych i karze się wozić
Maxowi na kolejne miejsca egzekucji.
Już sam pomysł filmu wydawał się mocno naciągany. Oto
płatny zabójca- profesjonalista w każdym calu,
człowiek-cień, świadomie związuje swoje losy z
przypadkowym „cywilem” i to na czas „mokrej” roboty. Jak
się wydaje (i co znajduje potwierdzenie w filmie),
motywacją dla Vincenta jest najzwyklejsza chęć
znalezienia towarzystwa. Po prostu chce się wygadać i
niestety, jak tylko otwiera usta zaczyna głosić własną,
życiową filozofię, która jest serią mniej lub bardziej
strawnego bełkotu. Tom Cruise w tej roli, w odróżnieniu
od innych swoich filmowych wcieleń, pozostaje przy
jednej srogiej minie i mniej więcej na tym kończy się
jego „profesjonalizm”. Reżyser ma świadomość, że z tak
cienkiego materiału nie wykroi nic wielkiego, stara się
więc jak może podkreślać istnienie trzeciego, niemego
bohatera, którym jest pogrążone w mroku miasto. I
przyznać trzeba, że udaje mu się to nad wyraz dobrze.
Pierwsze minuty to niemal hipnotyczna, mieniąca się
ferią świateł impresja. W niektórych ujęciach
pobrzmiewają echa „Gorączki”, choćby w finale, który ma
miejsce w pociągu, do którego równie dobrze obok
Cruise’a, mógłby wsiąść Robert De Niro. Jednak to za
mało, aby uznać „Zakładnika” za film udany. To po
prostu, używając nomenklatury Vincenta- zabójcy,
zwyczajny niewypał.
o
filmie
Recenzja
by KOS
|